31.12.2011

ostatni.



Niekoniecznie lubię, gdy coś w moim życiu dobiega końca, kurczy się i znika w czeluściach przeszłości. Choć życie nauczyło mnie, że nic nie trwa wiecznie, są rzeczy z których kresem pogodzić się przychodzi mi o wiele trudniej. Nie lubię żyć ze świadomością, że tyle jeszcze w życiu stracę, nie ja tylko, my wszyscy, ale przecież takimi prawami rządzi się ten świat, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. 


W ostatni dzień roku w mojej głowie roi się od natłoku emocji, skojarzeń i wspomnień. Myślę wtedy chyba o wszystkim, o czym staram się nie myśleć przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni. To źle, tak wiem, wiem to od dawna, ale wiem też również, że jestem kim jestem i trudno jest to zmienić. 


Wiesz, a właściwie to myślę, że może jednak Wiecie, czasami zastanawiam się, jak wyglądałby świat beze mnie. Nie, nie mam samobójczych zamiarów, aż tak ogromnych pokładów odwagi we mnie nie znajdziecie. Choć mówi się przecież, że to oznaka tchórzostwa, to jednak jak odważnym trzeba być tchórzem, żeby odebrać sobie życie. 
Myślę sobie, jak zachowaliby się poszczególni ludzie na wieść, że mnie już nie ma. Tak, już dawno odkryłem, że mam zrypany umysł, nie trzeba mi tego uświadamiać. 


Chyba boję się tego, co może przynieść następny rok, a może tak mi się tylko wydaje. Nie wiem czy, przede wszystkim, moje serce jest przygotowane na kolejne wzloty i upadki. I niby dużo w tej kwestii zależy tylko ode mnie, ale czy tak naprawdę jesteśmy istotami niezależnymi...?


Nie chcę już myśleć, chcę siąść z kieliszkiem w jednej i papierosem w drugiej ręce i z uśmiechem, być może lekko fałszywym, a na pewno trochę niepewnym, ale uśmiechem przywitać ten Nowy Rok. 
I choć rozpocznę go w towarzystwie osób, które są dla mnie ważne, to jednak jest kilkoro takich ludzi, których tej wyjątkowej nocy będzie mi szczególnie brak. I chyba między innymi dlatego uparcie nie chcę wierzyć, że ta noc będzie odzwierciedleniem całego przyszłego roku. 


A teraz czeka na mnie szampan, trochę mocniejszych trunków, ludzie bez których to nie byłoby to i wspaniała zabawa. I jeszcze jeden taniec z kobietą w szpilkach. 






Lubię żyć. 

23.12.2011

magia świąt.

Niesamowite, jak jedno słowo potrafi odmienić rzeczywistość.

Zadziwiające, jak jeden gest może sprawić, że wszystko nabiera nowych sensów.

Niepojęte, jak jedno spojrzenie zdolne jest zachwiać głębią ludzkiego istnienia.

                Kiedy kolejny rok zbliża się ku końcowi, jakiś niemy krzyk w mojej głowie oznajmia, że nadchodzące 365 dni może być nie w pełni takimi, jak je sobie wyobrażałem. Gdzieś głęboko wewnątrz mnie rodzi się wtedy ślepa obawa, że może nie jestem gotowy na to, co przyniesie mi najbliższe dwanaście miesięcy. Pełen rozterek próbuję oddać się muzyce, skomponować coś, napisać, zaniechałem ostatnio mojej artystycznej działalności. Próbuję wsiąknąć w te pojedyncze wersy, słowa, litery, aby przelać na kartkę cząstkę siebie. To zawsze mnie uspokajało, w chwilach zwątpienia dawało nadzieję na lepsze potem.
Ale wiecie co? Ostatnio odkryłem, że poza muzyką jest jeszcze jedna rzecz, która działa na mnie tak kojąco i nastraja mnie tak pozytywnie. To ludzie. Obcy, znajomi, bliscy, nie ma znaczenia. Ich uśmiechy, gesty, słowa – pocieszające czy motywujące do działania – wszystko to sprawia, że potrafię choć na chwilę zrzucić z siebie jarzmo tego „tu i teraz” i przemyśleć, przeanalizować. Poszukać najlepszego rozwiązania.
                Szczególnie mocno działają na mnie osoby mi bliskie, ta niewielka grupka, która jest dla mnie ważniejsza od czegokolwiek innego, na której zależy mi jak na niczym innym. Ta kompletnie przypadkowa mieszanka zupełnie różnych ludzi, którym udało się jakoś upchnąć w ciasnych kątach mojego serca. To osoby, za którymi poszedłbym wszędzie, za które gotów byłbym poświęcić nawet siebie. I choć między nami nie zawsze jest kolorowo, choć nie zawsze może układa się jakbyśmy tego chcieli – nie mogę zmienić tego kim dla mnie są. Pewnie też nie chcę tego zmieniać.

                W tym roku moja osobista magia świąt objawiła się całkiem niepostrzeżenie. Zrozumiałem, a być może dojrzałem do tego, by zrozumieć, że otaczają mnie wspaniali ludzie – pan z gitarą na Starym Mieście, mały brzdąc lawirujący wśród ciasnych alejek Starówki, bezdomny mężczyzna dziękujący uśmiechem za 2zł.
Tegoroczna magia świąt pokazała mi także, że ta garstka osób mi najbliższych jest nie do zastąpienia i że daje mi tak ogromną siłę, jakiej nie daje mi nic innego w świecie.

Na te święta chciałbym życzyć wszystkim Wam, aby Wasza magia świąt była równie wspaniała jak moja. A sobie, by trwała ona przez cały przyszły rok. I może kilka dni dłużej. 

3.12.2011

grow up and be a man.

Przyszedł ten moment, kiedy zrozumiał, że czas najwyższy dorosnąć. Musiał przestać zaprzątać sobie głowę innymi, przestać myśleć o innych. Jego głównym celem stawał się powoli on sam. Czuł, że gdzieś tam w środku dojrzewa do tego, żeby zmierzyć się ze światem; czuł, że staje się wystarczająco silny, aby stawić czoła rzeczywistości. Jedyne, czego mu wciąż brakowało, to jakieś minimalne poczucie bezpieczeństwa. Starał się jednak o tym nie myśleć, przecież nie potrzebował tego, żeby dać sobie radę, nie potrzebował niczego. Ani nikogo. 
Wiedział, że jeżeli sam nie otrząśnie się z pięknego snu, jakim ostatnio żył, nikt nie zrobi tego za niego. Determinacja, zawziętość i ogromny upór - to jedyne, co starał się teraz odczuwać. Inne emocje zawsze wpływały na niego destruktywnie, a przecież nie o to chodziło, żeby się załamywać. 
Wiedział, czego chce. Nie obchodziło go już, czego chcą od niego inni. 
Dorastał.


...albo tak mu się przynajmniej wydawało.

***
"They know you're just a boy. So grow up and be a man.
Little baby, kicking, you scream and whine.
Oh young fool, don't cry
Anymore..."

31.10.2011

z serii nr 2.

"Stukot obcasów na klatce zwiastował jej nadejście. Kleofas szybko zgasił niedopalonego papierosa i otworzył okno, Anabella nigdy nie lubiła gdy ktoś palił. Weszła bez pukania i nim Kleofas zdążył wziąć jej kaszmirowy płaszcz siedziała już w kuchni. „Palacze” rzuciła tylko i zamilkła. Kleofas wstawił wodę na herbatę i przelotnie spojrzał na Anabellę – zajęła swoje zwykłe miejsce. „Jak łatwo ludziom do czegoś przywyknąć” pomyślał i usiadł naprzeciwko.
- Będzie padać – powiedziała.
- Będzie padać – potwierdził.
- Nie musisz się ze mną zgadzać Kleofasie – wzrok miała wbity w kuchenne kafelki na ścianie.
- Może jednak nie będzie padać.
Milczeli tak przez dłuższą chwilę, dopóki odgłos czajnika nie wyrwał ich z zamyślenia.
- Dwie łyżeczki? – zapytał na wszelki wypadek.
- Nie chciałam herbaty Kleofasie – wciąż na niego nie patrzyła. – W ogóle nic od ciebie nie chciałam, nie wiem skąd przyszedł ci do głowy pomysł, że mogłabym mieć ochotę na herbatę.
Bez słowa postawił przed nią kubek z parującym płynem.
- Zimno tu, że też się nie przeziębisz – objęła się ramionami, najwyraźniej faktycznie musiało być jej zimno. „Okno” pomyślał Kleofas i pobiegł do pokoju. Gdy wrócił, kubek Anabelli był już w połowie pusty.
- Herbatę zawsze umiałeś zrobić dobrą. Choć w ogóle jej nie chciałam, mówiłam już, w ogóle nie miałam ochoty.
Kleofas uśmiechnął się w duchu. Może jednak wcale nie było tak źle, jak wydawało mu się, że jest przez ostatnie dwa tygodnie.
- Właściwie to muszę już iść Kleofasie. Przyszłam tylko na chwilę, chciałam ci powiedzieć, że odchodzę.
- Ależ Bella, Bellissima! Nie można przecież ot tak odejść sobie, ot tak bez precedensu wyjść z czyjegoś życia.
- Ależ można Kleofasie, właśnie to robię.
Zanim zdążył się zorientować, wybiegła z mieszkania, a przeciąg wyręczył ją w trzaskaniu drzwiami. „Najwyraźniej okno znów samo się otwarło. Trzeba będzie się tym zająć.”
W kuchni pozostał tylko zapach jej perfum i pierścionek na stole." 

17.10.2011

nie znam cię człowieku.

Once upon a time there was a Lonely Boy. 
All his life he was so alone and so shy. And then, Lonely Boy had met People. They got him twisted and he was having fun, didn’t care ‘bout tomorrow. He hadn’t felt like Lonely Boy anymore. And one rainy day, he woke up and understood he was all alone again. Poor Lonely Boy, he believed in People. And they disappointed him. So he took a gun and shot himself. Fuckin’ Lonely Boy. He used my Bullet.

***

Nie znam Cię Człowieku. Zdaje się, że kiedyś podawaliśmy sobie rękę, być może nawet przedstawiliśmy się z imienia. Widywałem Cię, trochę Tu i Tam też czasami. Przyszło nam nawet porozmawiać, raz może czy dwa, nie więcej. Piliśmy wtedy kawę, nie smakowała żadnemu z nas, a przecież tylko dla kawy tam byliśmy. Pamiętam, zapytałem czy może palisz, odpowiedziałeś , że nie, ale kiedy spojrzałem na Ciebie znacząco trzymając papierosa w połowie drogi do ust, pokiwałeś ze zrozumieniem. Zapaliłem, a ta rozmowa nasza wciąż trwała, choć druga już kawa zbliżała się niebezpiecznie ku końcowi.
Nie wiem kiedy rozeszliśmy się w swoje strony. I czułem, że Cię poznałem, a Ty tak chyba nie czułeś. Nie wiem Człowieku, nie znam Cię przecież, tak stwierdziliśmy przy drugiej okazji. Kawy tam nie było, mocniejsze trunki weszły w obieg naszych rozmów.
Teraz mijamy się na ulicy, często, nie zaprzeczysz, i już się nie poznajemy. Tak całkiem na poważnie.
Wiesz, Człowieku, napisałem do Ciebie list. Nie wiedziałem do wtedy, że drzemią we mnie takie ilości niewylanego żalu, ale przecież ja nigdy się nie denerwuję, to też już przy tych trunkach ustaliliśmy. Napisałem do Ciebie ten list, ale nie, nie wyślę go. Nie chcę, żebyś poznał tę stronę mnie, której sam do tej pory nie znałem.
Zresztą, my się przecież nie znamy. Właśnie człowieku, nie znamy się? 
A może siebie? 

10.10.2011

w życiu piękne są tylko chwile.

Z coraz większą trudnością przychodziło Mu pozostawanie. Nigdy nie podążał ślepo za resztą, zawsze na uboczu, schowany gdzieś w cieniu, a teraz kiedy potrzebował złapać się czegoś, Jego dłoń wciąż pozostawała pusta. Zaciskał tylko kurczowo pięść w nadziei. 
Żył od chwili do chwili, bo kiedyś, jako mały chłopiec usłyszał, że tylko one są w życiu piękne i ważne. Uśmiechał się do siebie w tych nielicznych momentach, kiedy głowy nie zaprzątały Mu akurat głupie myśli, uśmiechał się, choć częściej w duchu i w tych kilku chwilach odnajdywał szczęście. 
Lubił spędzać czas z innymi ludźmi, choć nie czuł przynależności do żadnej konkretnej grupy. Lubił znajdywać na ich twarzach uśmiechy, kiedy wspólnie bawili się czy wygłupiali. Czasami potrzebował oderwać się od rzeczywistości, poudawać że ma przyjaciół i znajomych, spędzić kilka chwil z innymi. Dobrze wiedział, że za jakiś czas wróci do ciemnego mieszkania, gdzie jedynym co trzymało Go przy życiu był zostawiony niedbale na stole niedopałek, zaróżowiony lekko Jej szminką. Dobrze wiedział, że za kilka godzin znów będzie musiał wyjść, ubrać na twarz uśmiech i być Takim jakim znają go inni. Takim jakim On chce, żeby go znano. 
Czasami na szczęście zdarzały się jeszcze takie momenty, że mógł dać odpocząć swojej Twarzy i całkiem naturalnie w obecności Innych być sobą i cieszyć się tymi Chwilami. Pięknymi. 

***


3.10.2011

brak.

Najdroższa, daj mi swą dłoń, uciekniemy gdzieś daleko, za horyzont, Najdroższa proszę nie oglądaj się nie ma sensu patrzeć wstecz w zamglone chwile, które bezpowrotnie wciąż przepadają za nami. 
Ucieknijmy, jak najdalej, od zgiełku miasta. Spaliny weszły mi w płuca, zadomowiły się w każdej pojedynczej komórce mojego ja, nie mogę oddychać, ledwie ledwie ostatnie tchnienia wydostają się spomiędzy przymkniętych warg. Kiedyś zwykłaś te wargi swoimi miękkimi i lekkimi muskać, całować lekko w szyję i w okolice obojczyka, swoimi aksamitnymi ustami zwykłaś przyprawiać mnie o dreszcze. Ale Najdroższa, w Twoich ustach teraz też już tylko spaliny i resztki dymu z wczorajszego papierosa, o dreszcze teraz przyprawia mnie sam Twój widok.
Ucieknijmy daleko, od fałszywych spojrzeń "przyjaciół", gdzieś gdzie Ty tylko i Ja z Tobą, i My razem i Ja bez Ciebie nie i Ty też beze Mnie. Gdzie cały czas będziesz szeptać mi do ucha, jakieś głupoty o miłości które ja tylko zrozumiem, i gdzie Twoja dłoń w moją wpleciona i Twój oddech na moim karku. Najdroższa.
Ucieknijmy, zabijać się za wcześnie jeszcze, ja zresztą umieram za każdym razem, gdy opuszki Twoich palców delikatnie krążą tuż obok mojego mostka i gdy słuchasz jak bije mi Serce, które wtedy bije z czterokrotną siłą, i gdy tak zwyczajnie zataczasz ósemki na moim torsie i przestaję wtedy oddychać, a Ty to czujesz i uśmiechasz się lekko i widzę w Twoich oczach że jestem. Gdzieś tam głęboko Ciebie jestem. Ja. 
Najdroższa. Tak było by, gdybyśmy mogli uciekać. Ale widzisz Najdroższa nie dane nam, nie nam, nas brak, miejsca brak. Najdroższa brak. 

25.09.2011

życie jest smunte, a potem się umiera.

zapłakane prześcieradło przekrwione oczy
nie wiesz co robić gdzie iść
niedopita kawa i papierosy
wczorajszy niedopałek na stole się tli


szukasz tamtych chwil w każdym kącie 
po szafkach i po szufladach 
ostatnia kropla nadziei wysycha w tobie 
powoli 
wiesz że nie wróci choć chcesz przecież
choć boli i boli
tak...trochę jakby mniej 
boli
kiedy uświadamiasz sobie że chociaż nie będzie 
już tak
jak zwykło być to być przecież może nawet lepiej
choć czas nie ten
i nie miejsce to ludzie zawsze
ci sami. tak byś chciał. tak jest i tak
będzie. minęło i jest nowe i też minie. ciesz się, korzystaj
póki możesz.

***

życie jest smutne, a potem się umiera.
z dedykacją. 

19.09.2011

utlenianie i redukcja.

Całkiem dziś wieczór chemicznie, bo chyba ostatnio chemia odgrywa w moim życiu ważną rolę, choć już prawie nigdzie jej nie ma. 
Ostatni rok, całkiem przyjemnie spędzony na siedzeniu w kącie i przyglądaniu się światu, dał dużo do myślenia. Choć wciąż powtarzam i będę powtarzać, że myślenie nie jest dobre, że prowadzi do złych wniosków, że miesza i miesza i wciąż miesza. Bo skoro było, to było, już nie wróci, po co rozmyślać? 
Przez ten ostatni rok często się utleniałem. Z małego, niepewnego pierwiastka przeradzałem się w coś silniejszego i bardziej pewnego siebie. Dzięki Tobie i Tobie i pewnie dzięki Tobie także czułem, że mogę więcej, że dam radę, że podołam temu światu mając takich kompanów. Utlenianie było całkiem przyjemną reakcją, ulegałem jej z każdą nadarzającą się okazją. Chyba utleniłem się zanadto, bo przyszło Teraz. 
A Teraz powoli, choć chyba nawet trochę przyspiesza, następuje redukcja. Redukują się moje uczucia, emocje i gdzieś tam w środku mnie zredukowało się już chyba coś na całkiem zawsze. Wracam do poprzedniej postaci, było mi w niej nawet przyjemnie, żyło się prawie bez problemów, w jakichś małych, wolnych wiązaniach. Nie tak jak tu, w dużych, wieloosobowych, to znaczy wielopierwiastkowych związkach. 
Redukuję się z każdym dniem, już mi to nie przeszkadza, pogodziłem się z faktem. Jedynym sposobem na zahamowanie, albo raczej opóźnienie redukcji jest dodanie kilku nowych substratów. Pewnie i tak ich nie masz.
Redukuję się i już mnie to nie obchodzi. Ciekawe kiedy zauważysz? Jak zniknę, będzie już trochę za późno. 
Puff...ot tak, i już mnie nie ma. 

12.09.2011

List do P.

Widziałem Cię kiedyś, stałeś oparty o ścianę i nieobecnym wzrokiem spoglądałeś gdzieś głęboko w dal i choć nic tam nie było, coś zauważyłeś, jestem pewien, tam musiało coś być, nie mogłeś przecież patrzeć tak bez celu. Nie znałem Cię wtedy, nie wiedziałem o Tobie nic, no może Twoje imię gdzieś obiło się o uszy, choć chyba niespecjalnie było mi to do czegoś potrzebne. Nie potrzebowałem w sumie poznawać Cię lepiej, nie potrzebowałem wtedy akurat nikogo nowego w mojej rzeczywistości, choć nie powiem los czy tam życie, a może nawet w zmowie spłatali mi w tym czasie takiego figla, że na każdym kroku stał ktoś nieznajomy, kto koniecznie chciał zagrzać sobie miejsce w okolicach mojego mostka, całkiem troszkę lekko na lewo. Przepraszam, że byłeś jedną z tych osób, przepraszam siebie, nie Ciebie, Tobie przecież nic się nie stało, Tobie nigdy nic się nie działo, zawsze byłeś odporny na. Na wszystko. Odporny na życie byłeś. Przepraszam siebie, bo przecież nie tak dawno wcześniej poprzyrzekłem sobie, że już nigdy więcej, że to już nie dla mnie, że ja już tak nie umiem, bo albo wszystko albo nic, a to złe, a ja nie umiem wisieć gdzieś w nieokreślonym pośrodku. Szybko się męczę. 
Całkiem przyjemne było uświadamianie, przyszło z czasem, choć z perspektywy odpychałem je najdłużej jak się dało. Zrozumiałem, pokiwałem głową, stanąłem w miejscu i obrałem inny kierunek. Czy się pogodziłem, to już inna sprawa. A Ty. Ty dalej bądź odporny na świat i na życie, kiedyś też dojdę do takiego momentu, że posiądę tę zdolność. A wtedy spotkamy się jak równy z równym, gdziekolwiek, nie dbam o to. Staniemy oko w oko. 
Ostatnia walka była nie fair. 

1.09.2011

if you're a bird, I'm a bird.

Wieczorami spacerowali wzdłuż brzegu, bezkarnie przyglądając się gwiazdom i nazywając je różnymi imionami, jak gdyby cały wszechświat należał do nich, jakby mogli ot tak sobie wybrać gwiazdę i nadać jej imię a potem spoglądać na nią co wieczór i śmiać się do niej. Nie wiedzieli jeszcze o życiu prawie nic, ale nie przeszkadzało im to przecież z każdym spojrzeniem zanurzać się w sobie, tonąć w bezdennej otchłani tej tak zwanej przez nich miłości, oddawać całego siebie w ogóle przecież nie wiedząc czy dostanie się coś w zamian. Ich codzienność skakała z jednej gwiazdy na drugą, nie zadawali pytań przecież tak było wygodniej, nie zastanawiali się o jutro, dla nich istniało tylko tu teraz i za moment, ja ty i my, tobie ciebie i nam. Nie bali się upadku choć oboje szybowali przez życie jak samoloty z papieru, każdy silniejszy podmuch mógł całkiem bez wysiłku zachwiać ich rzeczywistością a jednak wciąż cało wychodzili z każdego życiowego impasu, całkiem jakby tak nie wysilając się po prostu im się udawało. Patrząc sobie głęboko w oczy wiedzieli i nie trzeba im było słów. Oni po prostu byli. Razem jakby niemal od zawsze a osobno raczej jakby.Nigdy. 


19.08.2011

nocą.

nocą nawiedzają mnie zakopane gdzieś głęboko pod grubą warstwą kurzu wspomnienia, wcale nie tylko te przyjemne choć nie powiem w znacznej większości i wtedy często przychodzi ten moment, że potrafię się uśmiechnąć przez sen. lubię śnić ale o snach kiedy indziej.
nocą bezpowrotnie odchodzą niespełnione marzenia minionego dnia, nie mogę czekać dłużej one też mają swój termin ważności, zepsute zalegają w ciemnych zakamarkach duszy i wpuszczają do krwiobiegu truciznę, tak słodką że aż chce się jej więcej i więcej a potem docierają do mózgu i.
i trzy kropki. każdy wie dobrze co jest potem, a jak nie wie to znaczy najprościej że nigdy nie marzył tak naprawdę, albo ewentualnie wszystkie marzenia jakoś mu się do tej pory urzeczywistniały. jeśli to zazdroszczę. 
nocą też nie wiem czy wiecie i może wam i różnym innym ludziom też się to zdarza, ale nocą oddycha mi się dużo lepiej niż dniem, płuca wypełnione nocnym powiewem wiatru tak świeżym i niepowtarzalnym jak żaden inny wiatr w ciągu dnia kołaczą radośnie w piersi a ja tylko stoję i oddycham.
lubię zaciągać się nocą. nocą można się naćpać jak niczym innym.
noc to mój narkotyk. 

14.08.2011

tylko na chwilę.

kochanie, nie będziemy już dłużej przeskakiwać tak z kąta w kąt. w naszych życiach robi się coraz mniej miejsca, nie możemy przecież pozwolić sobie na upadek, nie podniesiemy się a jeśli może nawet, to jakieś mikroelementarne cząstki naszych dusz opadną kurzem na podłogę i już ich nie odzyskamy. było miło szczególnie z początku kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy o sobie nic, kiedy tylko trzymaliśmy się za ręce i było ciepło i nie wiedzieliśmy kogo te ręce trzymały wcześniej, ile niewidocznych blizn ukrywają pod swoją miękką fakturą. 
mieliśmy przecież tylko pospacerować a jakoś tak zasiedzieliśmy się w swojej codzienności, nie było mowy o rutynie ale powoli coraz częściej dawało się odczuwać stopniowe przyzwyczajenie. nie wolno się przyzwyczajać bo potem życie jakoś tak trudniej idzie naprzód, i chociaż wydaje ci się że może nawet się cofa, to ono idzie, bardzo powoli ale idzie. tylko nie do końca wie gdzie zmierza. 
nie możemy się do siebie przyzwyczaić, przestańmy się na chwilę znać, nie będziemy rozpoznawać się na ulicy i nie będziemy do siebie dzwonić i mówić jak nam dzień minął, samotnie trochę i może lepiej byłoby razem, ale na razie tak nie można. przestańmy się na chwilę znać, a potem poznamy się na nowo i przespacerujemy się i kto wie może nawet znów się trochę zasiedzimy. 

przestańmy się na chwilę znać. 

4.08.2011

wisieć w przestrzeni.

niepozornie zamykam się w sobie, zaciśnięte usta niemą kreską rysują się na obliczu, kłykcie już pobielały, jakiś ostatni impuls pędzi nerwami do mózgu, krzyczy że boli, boli, ale ten mózg też już zamyka się w sobie.
uodporniłem się chyba na ból, ten zadawany przez siebie tak myślę, często już nic nie czuję choćbym chciał, zresztą to może i dobrze bo nieadekwatne byłoby do stanu w jakim wiszę już dłuższą chwilę czucie czegokolwiek. 
swoją drogą to ciekawe że doszedłem w życiu do takiego momentu, gdy zauważam jak zmieniło się moje ja, gdy może trochę jak przez mgłę pamiętam jakie ono zwykło być w jakimś nieodległym momencie w przeszłości. pragnienia odurzają mnie, ich nieposkromione szpony chciwie obłapiają każdy centymetr kwadratowy mojego umysłu, coraz mocniej i boleśniej przebijają się przez tkaną latami barierę dystansu do świata. nie wiem co się dzieje, czy nie lepiej byłoby jednak schować się głęboko w czeluściach ciemności.
wziąć do ręki papierosa i szklankę z whisky. i tak wisieć w przestrzeni z dala. 

***

I'm sippin' the whiskey, 
it tastes so good
I used to look for a friend
but no one ever would
know me
as a friend should do

So I'm here alone with the whiskey in my hand
I'm gonna get drunk with my one and only friend

3.08.2011

całkiem poważnie.

niebo płacze nade mną, ciężkie łzy świata spadają wcale nie-obojętnie, zaraz któraś mnie przygniecie, zabity żalem wszechświata będę. 
patrzę, przecież wcale nie-obojętnie, obserwując nie rozumiem dlaczego-było, dlaczego-nie ma, dlaczego-jest.
no jakże, możesz wziąć wszystko co mam, możesz mnie złamać, możesz wcale nie-obojętnie przejść kiedy leżąc pod kocem doświadczeń, na granicy życia i z zamkniętymi oczami, ostatnim tchnieniem powiem ci miłość. 
jeśli kiedyś uchwycę cię w kadr mojego życiorysu, nie zapomnij proszę podrzeć wspomnień, całkiem nie-obojętnie możesz wyrwać, pozwalam, to twoje zdjęcie. 
bez jednej fotografii opustoszeje mi życie, ale niech będzie puste, niech będzie, zamiast wypełnione tobą. skończmy to czym prędzej, nie żartuję, skakanie w kółko było przyjemne kiedy jeszcze oboje nie rozumieliśmy do czego ono prowadzi. kręci mi się już w głowie, nie chcę w kółko. nie chcę skakać. chcę iść przed siebie. mówię poważnie, nie ma żartów, to się źle dla kogoś skończy, zresztą chyba każdy wie dla kogo, nie chcę wcale  żeby coś mu się stało. nie znowu.


mówię poważnie, nie ma żartów.

19.07.2011

ostatni nielegalny rok życia.

przychodzi taki dzień, kiedy się budzisz, a pod powieki wkrada ci się nowa rzeczywistość
całkiem przyjazna, myślisz choć pewność siebie z którą jeszcze wczoraj piłeś wódkę, została gdzieś głęboko pod kołdrą

wiecie miałem kiedyś zwierzątko. oswoiłem je nawet, przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni wzlotów i upadków siedzieliśmy obok siebie. ręka w rękę. to znaczy ręka w łapkę.
białym ogonem doświadczenia zmiatało mi spod nóg przeszkody.

a teraz siedzę sam. otwarty balkon wpuszcza do domu powiew zgniłego od deszczu powietrza. niedogaszony papieros w popielniczce, samotny wśród popiołu, którym sam się zaraz stanie.
ja też stanę się zaraz popiołem.

życie nie wydaje się już tak łatwe jak kiedyś.
zaczął się ostatni nielegalny rok życia.
za rok będę musiał spakować walizkę dzieciństwa i pośpiesznym wysłać ją w krainę zapomnienia.

wiecie miałem kiedyś zwierzątko.
nazwałem je życie.

***
miałem cudowny tekst, chciałem opublikować w urodziny.
teraz już stracił sens.

to może piosenka, trochę nie na czasie, ale już prawie, prawie.

6.07.2011

a może.

Niemożność alternatywnego spojrzenia na świat wzbudza we mnie ogromną niechęć do bycia samego w sobie. Ponadto znacznie utrudnia egzystencję, tę zwyczajną, przeciętną, bo przecież nie wymagam od życia niczego więcej.

Patrzę na świat tymi samymi oczami, już siedemnaście lat, choć czasami mam wrażenie, że ktoś wymienił mi gałki oczne. Podczas snu zakradł się bezszelestnie i z błogim uśmiechem na twarzy powiedział ściszonym głosem: „A teraz spojrzysz na świat inaczej. Koniec łatwego życia.”

Jeszcze niedawno wszystko było inne. Albo to ja, albo to oni. Jestem w nowym wymiarze, albo wariuję już niepostrzeżenie, jest coraz gorzej, powinno się zamykać, bo co innego robić, ludzi z moimi problemami.

A kiedy siedzę sam ze sobą, schowany gdzieś daleko przed wścibskimi oczami wszechświata, spoglądam w niebo, w krople deszczu spadające raz po raz na ziemię, odpalam ostatniego papierosa i zaciągając się dymem myślę – „A może…”
               
                A może kiedyś uda mi się zrozumieć. Może gdy kiedyś ktoś będzie opowiadał mi o miłości, przyjaźni, zaufaniu, te wyrazy obce mojego bytu przestaną być obcymi i ze zrozumieniem będę mógł pokiwać głową, przytaknąć, dać znak, że rozumiem.
               
                 A może pewnego dnia przestanę oddawać swoje serce w niepowołane ręce, w ręce w ogóle nieprzystosowane do zajmowania się tak kruchą istotą. Tak, to prawda, schowaną głęboko w sejfie doświadczeń, zabezpieczoną, mogłoby się wydawać, lecz wciąż kruchą. Nie mam nic przeciwko sklejaniu serca taśmą wewnętrznej siły po raz kolejny, ale niestety za chwilę jej zabraknie. Nie zaopatrzyli mnie w kolejną rolkę.
               
                 A może nadejdzie taki moment, że poznam co znaczy przestać przejmować się ciężkim żywotem innych, albo odłożyć go przynajmniej na drugi plan. Bo chyba pierwsze skrzypce grać powinno MOJE „bycie” w tym świecie, jego problemy, wzloty i upadki. Powinno, ale ono wciąż uparcie ustępuje miejsca innym, mówi „ze mną będzie dobrze, nie martw się”. Nie tak je wychowałem. Może jednak…?
              
                 A może gdybym wtedy nie sprzedał duszy diabłu i nie zaprzyjaźnił się z aniołami mroku teraz wszystko byłoby inne. Może gdybym nie posadził w swoim sercu ziarnka goryczy, które teraz rozrosło się, przybrało nienaturalne kształty i wielkość, może wtedy byłoby tam jeszcze miejsce na wiele lepszych rzeczy. Ale ono wciąż kiełkuje, uciska powoli klatkę piersiową, kłuje w okolicach żeber, niedługo przebije się na zewnątrz i wchłonie mnie do środka. Nie chcę tak skończyć.

A może…
                …może powinienem…? 

3.07.2011

rzecz o nielubieniu.

Nielubię.

Jakby się przyjrzeć, to jest dookoła tak wiele rzeczy, których nielubię.
Nielubię ich w dosyć różnoraki sposób nielubienia jako takiego.
Mógłbym oczywiście kierować się starą dewizą „Kochaj albo rzuć”, a w tym wypadku raczej „Kochaj albo nienawidź”, ale te dwa pojęcia są tak skrajnie kompatybilne, że aż razi.
No bo przecież mogę czegoś nielubić, nie determinuje to jednak nienawiści.

Nielubienie na osi życia leży sobie swobodnie gdzieś pośrodku między miłością a nienawiścią, tuż obok lubienia.
Jest w swojej istocie pewnym półśrodkiem, a przecież życie półśrodkami nie prowadzi do niczego dobrego. Ale czy ja chcę dobrego?
Tak na przykład:

Nielubię kiedy są wakacje, na kalendarzu jawi mi się lipiec, a za oknem jakieś krople deszczowe spadają z nieba. No i teoretycznie mógłbym zostać druidem, może dobiłbym do 60 levelu, pozaklinałbym trochę pogodę, a i nuż deszcz wysłuchałby moich próśb i zamiast sączyć się leniwie z nieba, ustąpiłby trochę miejsca letniemu słońcu. Teoretycznie.

Nielubię herbaty. Jakiejkolwiek. Ale kiedy wracam zimą do domu, moje palce nie współgrają już z resztą ciała, w ogóle jakoś mi tak chłodnawo w środku, to przecież nic nie rozgrzeje tak jak herbata właśnie. Taka prawda.

Nielubię kawy bez cukru. Jest okropna. Ale gdy zasypiam na stojąco, nie ogarniam już otaczającego mnie świata, a wiem, że spanie jest surowo zabronione, to taka kawa, mocna, czarna i bez cukru rozbudza najlepiej. Czasami odnoszę wrażenie, że cukier w kawie mnie usypia. Dziwne.

Nielubię kiedy ktoś mnie okłamuje. Bo standardowo wolę prawdę, przecież nawet tę najgorszą, ale jak nie kochać kogoś, kto okłamał cię w dobrej woli. No niby to złe, wiem, ale dobre chęci się liczą. I tyle wychodzi z tego mówienia prawdy.

Nielubię dostawać czegoś, czego nielubię. Ale przecież i tak przyjmę, i tak się ucieszę, chociażby żeby sprawić radość dającemu. Taki już jestem.

Nielubię kiedy ktoś nie mówi mi wszystkiego. I nie, nie jest to okłamywanie – to tylko sprytne niemówienie całej prawdy. A przecież sam też komuś wszystkiego bym nie powiedział, nie lubię czuć się jak książka, z której można wszystko wyczytać. No i rozumiem taką osobę, chociaż jej nie rozumiem i choć wciąż nielubię, dostosowuję się.

I jeszcze jest tyle rzeczy i zjawisk, których nielubię, ale po co zrażać do nich innych.

A najbardziej lubię za to, kiedy wszyscy, których kocham wiedzą o tym, są blisko i nie okazują się beznadziejnymi wymysłami rzeczywistości. Tak, to lubię.
Ale o lubieniu kiedy indziej. 

29.06.2011

melancholiczności.

Czasem jeździł pociągami. Lubił stawać w oknie i patrzeć jak szybko przemija świat, poczuć się jakby leciał. Wysiadał na różnych stacjach, bo przecież nie jeździł po to, żeby dojechać do jakiegoś celu. Zakładał ciemne okulary i szedł przed siebie w nadziei, że gdzieś dojdzie. Chodził nieznanymi uliczkami i obserwował nieznane twarze. Mijał setki miejsc i ludzi, których miał już nie ujrzeć. 
Momentami siadał i płakał. Po policzkach nie ciekły mu łzy, nie miał czerwonych i podkrążonych oczu, przecież faceci nie płaczą, tak mu zawsze powtarzali. Po prostu siedział, z papierosem w ręce, otoczony dymem, który powoli stawał się jego przyjacielem. Siedział, a szare łzy popiołu spadały lekko na ziemię. Tak, to płakał jego truciciel. Truciciel-przyjaciel. 
A potem wracał do domu chociaż już sam nie wiedział, gdzie jest dom. I zdarzało się tak, że siadał, odpalał kolejnego przyjaciela a obok w lekko nadtłuczonej szklance ostatnie krople whisky spoglądały na niego i chociaż nie chciały nic mówić, on je rozumiał. Taki już był. 

27.06.2011

niewzruszenia.

Często zastanawiał się nad tym, co robią inni. Jakie tajemnice skrywają ich oczy, czego nie mogą wypowiedzieć ich usta. Jego myśli zaprzątała dziewczyna spotkana rankiem w autobusie, myślał po prostu co robią takie dziewczyny w wolnym czasie. Bo przecież nie umawiają się z takimi facetami jak on. Na pewno nie. 
Chodził po mieście, spoglądając raczej przed siebie. Rzadko patrzył w niebo, jego idealistyczne ja umknęło gdzieś w natłoku życia. Wolnym krokiem marzyciela, z którego marzenia uleciały już dawno, snuł się między drzewami obserwując ludzi. Odnajdywał nieskrywaną i niewytłumaczalną przyjemność w spoglądaniu ludziom w oczy. 
Na Ulicy Dusz sprzedał już dawno swoje wnętrze. Było lekko nadpsute, pachniało starością, na krawędziach pojawiła się rdza. Bezskutecznie próbował odnaleźć siebie, przemierzył przecież już tyle, zszedł niezliczoną ilość Pchlich Targów, szukając gdzieś jakiejś cząstki swojego ja. Bez efektu.
Lubił siadać na ławce, schowanej gdzieś głęboko w zielonych czeluściach parku, i patrzeć. Oczami wyobraźni na świat. Lubił także stawać w bramie, szczególnie kiedy padał deszcz, i zapalić papierosa. Wciąż najbardziej cieszyły go momenty, gdy mógł w tej bramie odpalić jednego papierosa od drugiego. I nawet wypowiedzieć słowo, albo kilka. Ale takich momentów było coraz mniej. Obserwował dym unoszący się spomiędzy palców, wdychał go nieświadomie, choć wciąż sprawiało mu to przyjemność. Niszczył się, wiedział nawet o tym, bardzo dobrze. Chyba lubił się niszczyć. Wmawiać sobie, że nieświadomie. Tak. Zdecydowanie lubił się niszczyć. Taki już był. 

25.06.2011

jestem wolny.

jestem wolny.

zrozumiałem. dotarło. przejrzałem.

jestem wolny.
całkowicie i nieograniczenie wolny.
nic mnie nie trzyma. nigdzie.
sam mogę decydować co/kto i czy w ogóle mnie gdzieś trzyma.
sam mogę decydować co/kto i czy w ogóle jest dla mnie ważne.
nikt do niczego mnie nie zmusi.
każdy ma swoją wolność. każdy odkrywa ją inaczej. 
nie muszę słuchać niczyich rad.
to moje życie.
popieprzone, ale moje.
jak postanowię pójść i w ciemnej uliczce utopić swoją przyszłość, to zrobię to.
i nikt mnie nie powstrzyma.
N I K T
jeśli zechcę zmoknąć na deszczu śmierci.
albo sparzyć się ogniem uczucia.
albo zamarznąć w śniegach przyjaźni.
zrobię to.
bez pozwolenia, którego i tak nie potrzebuję.

i tak. słyszałem gdzieś kiedyś, że mamy taką wolność, jak długi jest nasz łańcuch.
a ja swój przegryzłem.
przez ostatnie naście lat bezproblemowej egzystencji tępiłem zęby o każde jedno ogniwo. 
ten łańcuch był za krótki. 
czas się zerwać.

***

ja jestem wolny 
mam swoje zdanie
to czego pragnę
to świat bez granic



18.06.2011

brak wolnych pokoi.

jestem hotelem.
miejscem, do którego przychodzą ludzie ze swoimi problemami.
czasem potrzebują rozmowy.
czasem chwili milczenia.
czasem ciepłego miejsca do snu.
i ja to lubię.
w końcu nie bez powodu jestem hotelem.
hotel ma swoje zadanie.
staram się je wypełniać.
ale wiecie co?

czasami w hotelu brakuje miejsc.
czasami niektóre pokoje są w takim stanie, że nie ma już do nich wstępu.
nie można spać na korytarzu.
blokuje się wtedy przejście innym.
nie można snuć się po hotelu w oczekiwaniu na pokój.
trzeba wyjść.
i zrezygnować.
albo wrócić za jakiś czas. zapytać o wolne pokoje.
nie można chować się po hotelu.
sypiać w magazynkach.
w końcu i tak znajdzie nas obsługa.
wyrzuci. umieści na czarnej liście.

***
czasami żałuję, że nie mogę po prostu stanąć.
po prostu stanąć, gdzieś na środku, i zacząć krzyczeć.
nicią niecenzuralnych wyrazów udziergałbym pajęczynę emocji.

kiedyś to zrobię.
proszę, nie przejmujcie się mną.
przejdźcie obojętnie, nie zwracajcie uwagi.
wykrzyczę się i znów ucichnę.
na długi czas.
obiecuję.

***
jestem hotelem.
aktualnie brak wolnych pokoi.
za utrudnienia przepraszamy. 

16.06.2011

ostatni papieros miłości.

chciałbym Ci powiedzieć tyle. 
ale nie mogę.
chciałbym Ci powiedzieć wszystko.
ale Ty nie chcesz mnie słuchać.
odwracasz głowę i niepozornie wyłączasz się na mnie. 


chciałbym, żebyś wiedziała tak dużo.
ale Ty nie chcesz nic wiedzieć.
nie zmuszę Cię przecież do poznania prawdy. 
nie przyjdę przecież i nie opowiem Ci.


o Tym. 
i o Tamtym. 


a Ty tylko patrzysz na mnie. 
i ja już nie wiem, co to dla mnie oznacza.
a Ty patrzysz na mnie i przenikasz mnie. 
na wskroś. przez najgłębsze komórki ciała. 
jesteś wszędzie. 
będę silny. całkowicie niepodatny na Ciebie. 
obojętny. 
pozornie. 


nie zostawię Cię przecież.
i chociaż jesteś tak daleko. choć naprawdę blisko. 
nie chcesz opuścić zakamarków mojej duszy. 
nie zostawię Ci jej.


już raz straciłem duszę. 
zawarłem pakt z diabłem uczuć. 
sparzyłem się. 
ostatnim papierosem miłości, którą wtedy paliłem. dzień po dniu. 
już raz straciłem duszę. 
nie zostawię Ci jej przecież.


nie zostawię Ci przecież siebie. 

14.06.2011

popiół i dym.

przez zaciśnięte zęby wypuszczam powietrze.
szerokimi źrenicami irytacji patrzę na świat.
jak długo jeszcze przyjdzie mi znosić kaprysy rzeczywistości? 


nie chcę już słuchać. 
nie słucham, ale słyszę.
nie chcę już patrzeć.
nie patrzę, ale widzę. 
nie chcę już oddychać.
nie oddycham, ale pierś wciąż unosi się rytmicznie. 


kolorową kredką swoich kłamst wmawiasz mi, że tak ma być.
nie potrzebuję głuchych słów.
nie potrzebuję pustych zapewnień. 
nie potrzebuję niczego. 


sam dla siebie jestem zagrożeniem.
przestałem już próbwać.
nikt nie może mi pomóc.
Ty też nie możesz.
moja egzystencja, każdy oddech, każde skinienie i każdy ruch prowadzi mnie do nieuchronnej samozagłady.
po ostrym zboczu codzienności stoczę się na dno.
będę tam panem i władcą.
sam ze sobą, na moim własnym dnie świata. 
nie będzie tam Ciebie.
i Ciebie.
i Ciebie także.
nie możecie spadać ze mną. 


nie próbujcie mnie łapać.
ostrymi zębami dwulicowości odgryzę sobie rękę.
byle tylko nie zostać. 


kiedyś wiedziałem co znaczy kochać.
kiedyś wiedziałem co znaczy żyć.
ale w bezdennej otchłani życia zgubiłem słownik. 


za słownikiem skoczyło serce.
porwało duszę.
nie mogłem go powstrzymać.
wszystko już spalone.
został popiół i dym.
wdycham opary resztek siebie.
chcę przypomnieć sobie tamten czas.
zaraz przyjdzie wiatr. 
i rozwieje przeszłość. 
a potem odejdzie. 
i zabierze mnie ze sobą. 
musi...

8.06.2011

gdybym miał gitarę.

gdybym miał gitarę, to bym na niej grał.
napisałbym dla Ciebie piosenkę.
i grając ją w deszczową noc zdarłbym sobie palce do krwi. 


usiadłbym na opuszczonych stopniach świata.
i zaśpiewał.
piosenkę o Tobie.
i o mnie.


gdybym miał gitarę...


napisałbym dla Ciebie Miłość.
symfonię wieczności.
w której na zawsze razem, zanurzeni w tańcu.
tylko my. ja i Ty. 


gdybym miał gitarę...


skomponowałbym dla Ciebie Szczęście. 
nieskończoną operę.
gdzie Twoje oczy uśmiechnięte.
a w nich ja. 


gdybym miał gitarę...


zagrałbym Ci Nas. 
na końcu wszechświata.
wpatrzonych w siebie. 
błyszczących uczuciem.
skrzących się namiętnością. 


gdybym tylko miał gitarę...

7.06.2011

pociągiem.

w podróży może zdarzyć się wiele. 
pociągiem, przez świat, podróżują różni ludzie. 

w każdym przedziale siedzi osobna historia.
każdy przedział jest ośmio-historiowy.
każda z tych historii chciałaby być opowiedziana. 

w pociągu obserwuję. 
w pociągu dowiaduję się.
dlaczego kocham.
dlaczego kochałem.
dlaczego nie powinienem kochać.
dlaczego pragnę.
dlaczego nie mogę przestać.
dlaczego podejmuję złe decyzje. 
dlaczego moja historia nie może być opowiedziana. 

pociągiem przez świat podróżuję ja. 
chcę dojechać gdzieś daleko. 
gdzieś na koniec, gdzie już nikt nie dotrze. 
gdzie nikt mnie nie znajdzie.
gdzie niemym ptakom opowiem historię mojego życia. 
a onie nie będą oceniać. 
i być może odlecą. 
i swoim niemym językiem przekażą moją opowieść innym ptakom.

ale nikt nie słucha ptaków.
a nawet jeśli, to nie potrafi usłyszeć najważniejszego.
to dobrze.
nikt już nie usłyszy tej historii. 
mojej. 

19.05.2011

niebieski płaszcz.

świat spod niebieskiego płaszcza jest całkiem przyjemny. 
nagle tak łatwo zauważalne staje się to, co przed chwilą było kompletnie nieuchwytne. 

guziki niebieskiego płaszcza miękko uwierają mnie w szyję. 
twarde, a jednak tak przyjemne w dotyku. 
podszewka oplata mnie swoim ciepłem.
przyjemnie tu.

zachmurzone niebo wreszcie wypuszcza potężne krople deszczu.
czas nasunąć niebieski płaszcz na głowę.
nie mogę przecież zmoknąć.
nie w tym deszczu. 

grunt pod nogami zaczyna się obsuwać.
nie ma chyba dla mnie dalszej drogi. 
siadam na trawie i zdejmuję niebieski płaszcz.
nie może się przecież pobrudzić. 

w strugach deszczu mam nadzieję.
mam nadzieję, że te wielkie krople zmyją ze mnie poczucie winy. 
że może w jednej z nich znajdę odpowiedź.
że kiedy w końcu wyjdzie słońce, gdzieś niedaleko spotkam nowego siebie. 

ale deszcz nie ustaje. 
ugrzązłem po kolana. 
jeżeli wejdę dalej nie ma szans na dobre zakończenie.

zakładam więc ponownie niebieski płaszcz.
i wracam.
nie patrzę za siebie.
wolę nie wiedzieć, co zostawiam.

świat spod niebieskiego płaszcza jest całkiem przyjemny.
ale to nie mój płaszcz.
to nie mój świat. 


17.05.2011

na wysokim moście.

na wysokim moście mojego życia.
siedzę i patrzę.
patrzę w górę. i w dół. 


na wysokim moście mojego życia.
siedzę i myślę.
co by było gdybym spadł.


czy można spadać w górę?


wiecie, lot jest najprzyjemniejszą częścią spadania.
ale jest też najkrótszy. 
zaraz po nim następuje upadek.
przychodzi szok i ból.
ogromny, niewyobrażalny i niepojęty ból. 


na wysokim moście mojego życia.
siedzę i się zastanawiam.
co by było gdybym skoczył.
gdybym zrobił krok w przód.
po prostu poleciał.
nie przejmował się tym co nastąpi za moment.
tylko cieszył się chwilą.
możliwością latania. 


ale w końcu przyszedłby ból.
jestem facetem.
ale zdecydowanie za kruchym na takie akrobacje. 


to może ja jednak nie skoczę.
może popatrzę jeszcze chwilę. poobserwuję.
a potem wstanę.
i trzymając się barierki zejdę po prostu po schodach.


na wysokim moście mojego życia.
nie ma nikogo, kto by mnie złapał.


to może ja jednak nie skoczę.