Nie lubię patrzeć tam, gdzie mnie ktoś zmusza, bo patrzenie samo w sobie budzi we mnie fascynację bycia człowiekiem, możliwości patrzenia gdzie się tylko zechce. W ogóle odkrywam chyba w sobie na nowo istotę ludzką, zmysły przyprawiają mnie o zachwyt, takie naturalne, takie wyzwalające. Słuchać też nie lubię tego, co mi każą, bo przecież ja słucham co zechcę, to ja ja ja człowiek wolny ograniczony jedynie smutnym faktem życia. Powtarzam się, ale lubię żyć.
Przewartościowuje się we mnie to i owo i zaczynam rozumieć, że jak bardzo nie pragnąłbym przestać, i tak zawsze będę Dla innych. To chyba muszę w sobie zaakceptować i żyć ze świadomością potrzeby bycia tego rodzaju człowiekiem. Po prostu.
Tak, że życie jest słodkim kłamstwem, a śmierć gorzką prawdą wiemy już, tak myślę, całkiem dobrze.
I nigdy więcej potłuczonych butelek i szkarłatnego płynu i łez i procentów parujących w ułamku sekundy. I trzeba grać w wojnę i nie wygrywać, tylko wciąż grać dla samego faktu. Tak już jest skonstruowany świat.
***
Wracałem rano bez łez i procentów i lekko szkarłatny i spoglądał na mnie nagi facet na czwartym piętrze. Stał w oknie i tylko patrzył, bo przecież mógł i chociaż był nagi i obcy to poczułem, że mógłby wiedzieć, a przynajmniej ja mógłbym się z nim tym podzielić. Jednak on był wciąż nagi i na czwartym piętrze, a są jednak rzeczy takie, które zwyczajnie nie przystoją.
