25.09.2011

życie jest smunte, a potem się umiera.

zapłakane prześcieradło przekrwione oczy
nie wiesz co robić gdzie iść
niedopita kawa i papierosy
wczorajszy niedopałek na stole się tli


szukasz tamtych chwil w każdym kącie 
po szafkach i po szufladach 
ostatnia kropla nadziei wysycha w tobie 
powoli 
wiesz że nie wróci choć chcesz przecież
choć boli i boli
tak...trochę jakby mniej 
boli
kiedy uświadamiasz sobie że chociaż nie będzie 
już tak
jak zwykło być to być przecież może nawet lepiej
choć czas nie ten
i nie miejsce to ludzie zawsze
ci sami. tak byś chciał. tak jest i tak
będzie. minęło i jest nowe i też minie. ciesz się, korzystaj
póki możesz.

***

życie jest smutne, a potem się umiera.
z dedykacją. 

19.09.2011

utlenianie i redukcja.

Całkiem dziś wieczór chemicznie, bo chyba ostatnio chemia odgrywa w moim życiu ważną rolę, choć już prawie nigdzie jej nie ma. 
Ostatni rok, całkiem przyjemnie spędzony na siedzeniu w kącie i przyglądaniu się światu, dał dużo do myślenia. Choć wciąż powtarzam i będę powtarzać, że myślenie nie jest dobre, że prowadzi do złych wniosków, że miesza i miesza i wciąż miesza. Bo skoro było, to było, już nie wróci, po co rozmyślać? 
Przez ten ostatni rok często się utleniałem. Z małego, niepewnego pierwiastka przeradzałem się w coś silniejszego i bardziej pewnego siebie. Dzięki Tobie i Tobie i pewnie dzięki Tobie także czułem, że mogę więcej, że dam radę, że podołam temu światu mając takich kompanów. Utlenianie było całkiem przyjemną reakcją, ulegałem jej z każdą nadarzającą się okazją. Chyba utleniłem się zanadto, bo przyszło Teraz. 
A Teraz powoli, choć chyba nawet trochę przyspiesza, następuje redukcja. Redukują się moje uczucia, emocje i gdzieś tam w środku mnie zredukowało się już chyba coś na całkiem zawsze. Wracam do poprzedniej postaci, było mi w niej nawet przyjemnie, żyło się prawie bez problemów, w jakichś małych, wolnych wiązaniach. Nie tak jak tu, w dużych, wieloosobowych, to znaczy wielopierwiastkowych związkach. 
Redukuję się z każdym dniem, już mi to nie przeszkadza, pogodziłem się z faktem. Jedynym sposobem na zahamowanie, albo raczej opóźnienie redukcji jest dodanie kilku nowych substratów. Pewnie i tak ich nie masz.
Redukuję się i już mnie to nie obchodzi. Ciekawe kiedy zauważysz? Jak zniknę, będzie już trochę za późno. 
Puff...ot tak, i już mnie nie ma. 

12.09.2011

List do P.

Widziałem Cię kiedyś, stałeś oparty o ścianę i nieobecnym wzrokiem spoglądałeś gdzieś głęboko w dal i choć nic tam nie było, coś zauważyłeś, jestem pewien, tam musiało coś być, nie mogłeś przecież patrzeć tak bez celu. Nie znałem Cię wtedy, nie wiedziałem o Tobie nic, no może Twoje imię gdzieś obiło się o uszy, choć chyba niespecjalnie było mi to do czegoś potrzebne. Nie potrzebowałem w sumie poznawać Cię lepiej, nie potrzebowałem wtedy akurat nikogo nowego w mojej rzeczywistości, choć nie powiem los czy tam życie, a może nawet w zmowie spłatali mi w tym czasie takiego figla, że na każdym kroku stał ktoś nieznajomy, kto koniecznie chciał zagrzać sobie miejsce w okolicach mojego mostka, całkiem troszkę lekko na lewo. Przepraszam, że byłeś jedną z tych osób, przepraszam siebie, nie Ciebie, Tobie przecież nic się nie stało, Tobie nigdy nic się nie działo, zawsze byłeś odporny na. Na wszystko. Odporny na życie byłeś. Przepraszam siebie, bo przecież nie tak dawno wcześniej poprzyrzekłem sobie, że już nigdy więcej, że to już nie dla mnie, że ja już tak nie umiem, bo albo wszystko albo nic, a to złe, a ja nie umiem wisieć gdzieś w nieokreślonym pośrodku. Szybko się męczę. 
Całkiem przyjemne było uświadamianie, przyszło z czasem, choć z perspektywy odpychałem je najdłużej jak się dało. Zrozumiałem, pokiwałem głową, stanąłem w miejscu i obrałem inny kierunek. Czy się pogodziłem, to już inna sprawa. A Ty. Ty dalej bądź odporny na świat i na życie, kiedyś też dojdę do takiego momentu, że posiądę tę zdolność. A wtedy spotkamy się jak równy z równym, gdziekolwiek, nie dbam o to. Staniemy oko w oko. 
Ostatnia walka była nie fair. 

1.09.2011

if you're a bird, I'm a bird.

Wieczorami spacerowali wzdłuż brzegu, bezkarnie przyglądając się gwiazdom i nazywając je różnymi imionami, jak gdyby cały wszechświat należał do nich, jakby mogli ot tak sobie wybrać gwiazdę i nadać jej imię a potem spoglądać na nią co wieczór i śmiać się do niej. Nie wiedzieli jeszcze o życiu prawie nic, ale nie przeszkadzało im to przecież z każdym spojrzeniem zanurzać się w sobie, tonąć w bezdennej otchłani tej tak zwanej przez nich miłości, oddawać całego siebie w ogóle przecież nie wiedząc czy dostanie się coś w zamian. Ich codzienność skakała z jednej gwiazdy na drugą, nie zadawali pytań przecież tak było wygodniej, nie zastanawiali się o jutro, dla nich istniało tylko tu teraz i za moment, ja ty i my, tobie ciebie i nam. Nie bali się upadku choć oboje szybowali przez życie jak samoloty z papieru, każdy silniejszy podmuch mógł całkiem bez wysiłku zachwiać ich rzeczywistością a jednak wciąż cało wychodzili z każdego życiowego impasu, całkiem jakby tak nie wysilając się po prostu im się udawało. Patrząc sobie głęboko w oczy wiedzieli i nie trzeba im było słów. Oni po prostu byli. Razem jakby niemal od zawsze a osobno raczej jakby.Nigdy.