Kochanie, spójrz. Grawitacja nie istnieje wokół Ciebie, za każdym razem gdy dławię się Twoim pięknem, moje serce tłucze się jak oszalałe po obolałej klatce piersiowej. Każde jego uderzenie pozbawia mnie oddechu, zatyka tchawicę, zostawia mnie na pożarcie ton myśli i obrazów tego, co chciałbym z Tobą robić i co chciałbym byś zrobiła ze mną. Trwam w tym zimnym bezruchu kiedy oplatasz mnie nieświadomie swoim słodkim oddechem, nawet gdy robisz to z pełną premedytacją pobijam kolejny rekord w umieraniu na gęsią skórkę. Twoja dłoń bezszelestnie krąży na orbicie mojej skóry, choć Ty pewnie tego nie wiesz, a ja wychodzę z siebie i rozpadam się na tysiące mniejszych części, by choć minimalnie spotęgować odczuwanie Ciebie tak blisko mnie. Niezmiernie fascynuje mnie bezwzględna celowość Twoich ruchów, dałbym się sponiewierać na wieczność, by trwały choć ułamek sekundy dłużej. Sprzedałbym wszechświat tylko po to, by zapach Twoich włosów spowił drzewa na wiosnę i bym choć tym jednym zmysłem mógł czuć Cię trochę więcej niż mi na to pozwalasz.
Poza tym doskonale wiem, że każdy Twój ruch i gest, i słowo, i wszystko wymierzone jest perfidnie przeciwko mnie. Bawisz się mną, może czasami podświadomie, choć to mało prawdopodobne, bawisz się, a ja jak pies wciąż jestem obok, taka przyjemna samozagłada.
Nieśmiało, jak pierwsza gwiazda na marcowym niebie, zerkam przez ramię ludziom mijanym na ulicy. Wspaniałomyślnie lawiruję między ich uczuciami, bezszelestnie przewijam się wzdłuż i w poprzek zmuszony koniecznością chwili. Na długo wpełzam im pod najgłębszą warstwę skóry i pasożytniczo karmię się ich cierpieniem, wgryzam się niedelikatnie zostawiając niewielkie kryształki jadu, by potem delektować się ich wszechobecnym bólem. Nieświadomie i bezwiednie oddają mi się we władanie, uwielbiam czerpać z ich niekończących się źródeł smutku, potem tylko porzucę ich na bezdrożu psychiki, pozbawionych emocji i umiejętności życia.
Bezczelność staje się drugim imieniem mojego alter ego, a wrodzona arogancja każe mi sądzić, że zakleszczy się tam na długo. Kocham wszystkie te negatywy dookoła, myślę, że nie pochodzę od Adama ani Ewy, a raczej od Węża, który spierdolił całą rajską rzeczywistość i zostawił ludzkość na pastwę dwudziestu jeden wieków wielkiego nic.
Uciekam w moją wężową osobistość, którą jak skórę zrzuciłem dawno temu, tam było najwygodniej i najlepiej cierpiało się na życie.