24.12.2012

amen.

"Jest taki dzień, tylko jeden, raz do roku...", jest taki dzień, na który wszyscy czekają z niewytłumaczalnym utęsknieniem. To zabawne, że jeszcze do niedawna mogłem powiedzieć to samo o sobie. Zmiana priorytetów wydaje się być wprost proporcjonalna do wieku, śmieję się z siebie, to takie zabawne że pada deszcz.
Dzisiaj nie widzę na niebie nic ciekawego, z kuchni dochodzę mnie jedynie niecodzienne zapachy, tak poza tym żyję dziś tak samo zwyczajnie jak wczoraj i jak będę żył jutro.
Od dłuższego czasu nie życzę sobie już niczego, staram się dotrzymywać kroku teraźniejszości i czerpać z tego względną stabilność. Uczucia i głębsze emocje ślizgają się po moim sercu tak, jak ludzie po dzisiejszym lodzie, wrażliwość topnieje z każdą niewidzialną kroplą deszczu niczym tegoroczny śnieg, a uśmiech odleciał już dawno, czasami tylko pojawia się w postaci swego fałszywego brata bliźniaka. Widocznie kiedyś nadchodzi taki moment, gdy dwudziesty czwarty dzień grudnia pozostaje beznadziejnie zwykłym dniem, który ma taki sam brak znaczenia, jak każdy inny dzień.
Skoro nie życzę już sobie, to ludziom na świecie życzę dzisiaj tylko tego, aby w ich kalendarzu było wciąż wiele dni, które mają znaczenie. Z dzisiejszym na samym czele. Ja dziś wyjątkowo zjem tylko inne niż zwykle potrawy, a potem poczekam na kolejny normalny dzień.

WESOŁEGO ludzie :)

16.12.2012

fog's taking over.

Spójrz, ostatni płatek śniegu topnieje na Twojej powiece. Zachowujesz się tak naturalnie, całkiem zwyczajnie pocierasz o siebie zmarznięte dłonie, całą sobą mówisz mi, że nic się nie stało. Patrzę na Ciebie i zamieram z przerażenia, dolna warga oderwała się od reszty twarzy i z łoskotem rozbiła u Twoich stóp. Patrzysz na mnie, namiętnie zerkasz na moje wargi, które jeszcze są na swoim miejscu. Chcę Cię mieć dla siebie, tylko tu i tylko teraz, ale chwilę zapomnienia przerywa kolejny hałas. To Twoja lewa dłoń, podzieliła właśnie los dolnej wargi. Spokój słów, którymi mnie oplatasz eliminuje narastający strach. Boję się, nie wiem dlaczego znikasz, tak niecodziennie kawałek po kawałku, ale odczuwam przez to jeszcze większą potrzebę Ciebie.
Dlaczego jesteś tak blisko, dlaczego na policzku czuję Twoją dłoń, tę która się ostała? Dlaczego sprawiasz, że umysł zalewają mi tysiące halucynacji, dlaczego bawisz się ze mną w tak wyrachowany sposób, dlaczego powodujesz ból Twojego nieistnienia w każdej mojej komórce?
Nie chcę wiedzieć, co z tego było prawdą. Chcę tylko zatrzymać w pamięci zapach popiołu, którym stałaś się zaraz po tym, jak ostatni fragment Ciebie rozbił się o ziemię.
Nie powiem Ci tego już nigdy. Nie chcę czuć, jak moje usta układają się w te słowa, nie chcę myśleć, że jestem zdolny do takich odczuć.

Wolę zostać tu gdzie jestem, w nieświadomości Twojego niebytu.
Szkoda, że nigdy nie istniałaś...

9.12.2012

grawitacja.

Pękło coś we mnie, złamało się i narodziło na nowo. Spojrzałem w jej oczy, a potem w oczy innej i następnej, i jeszcze jednej i znalazłem tam TO, to coś czego szukałem ostatnio z wiadomym opłakanym skutkiem. Bezgranicznie zaufałem innym, bo przecież zapodziałem gdzieś sam siebie, ale teraz już wiem na pewno, powracam ze zdwojoną siłą do starych nawyków, dziękuję Wam kochani, bez Was nie dałbym rady. 
Koniecznie muszę utopić gdzieś ostatnie cztery miesiące, zostawię sobie tylko mały ich skrawek, dla własnej niepohamowanej przyjemności. Będzie teraz tak jak być powinno od zawsze. Chwile słabości są wspaniałe, są też wspaniale ulotne, kończą się lekko obolałą głową. Dlaczego więc nie zamienić słabości w przyjemność, nie cieszyć się nią bez widma nadchodzącej klęski, nie przeżywać jej dwukrotnie bardziej, a rano cieszyć się czystym umysłem i uśmiechem od losu?
TAK miało być od zawsze, przepraszam że pozwoliłem sobie na trochę za długo obrać inną ścieżkę. 
Teraz wracam. Jakie to piękne. I głębokie. 

Życie jest wspaniałe. 

25.11.2012

you're the one that I want.

Wczoraj trzymałaś w swej dłoni moją, dzisiaj Twoja dłoń wylądowała z niemałym hałasem na moim policzku. Słono zabarwiona łza wykrzywiła Twój uśmiech i powędrowała niżej, wraz z setkami innych. Stałem tam, niepocieszającym gestem raz za razem gasiłem papierosa na Twoim czole, popiół opadał Ci ciężko na obojczyki po to tylko, by wniknąć pod skórę i uczynić Twoje życie jeszcze bardziej szarym.
Jeżeli spotkasz go jutro, to powiedz że nie-przepraszam. Powiedz że umieram z ciekawości co u niego, ale umieram i nic z tym nie robię, i powiedz mu jeszcze, że nie zanosi się, żebym miał to zmienić.
Dziękuję.

Aha, a kiedy spojrzysz w ciemne listopadowe niebo i zobaczysz spadającą gwiazdę, pamiętaj że śnisz. Gwiazdy nie spadają w listopadzie.
Ale dlaczego nie uczynić tych ostatnich kilku chwil nieco zabawniejszymi. Zatańczmy, zaśpiewajmy, miejmy gdzieś surowe słowa mamy o noszeniu szalika i czapki, upijmy się na moment a potem zacznijmy od nowa, przebiegnijmy się wzdłuż i wszerz, pokażmy światu jak mało nas obchodzi. Ten jeden raz, a potem dam Ci spokój...

Tak Myślałem. 

***
I better shape up, cause you need a man
And my heart is set on you


LUBIĘ BARDZO CZASAMI

12.11.2012

od nowa.

Muzyka oplata Twoje komórki, przenika je bezwzględnie w każdym kierunku.
Jak miło byłoby poczuć to jeszcze raz, choć jeden tylko na chwilę, przez moment.
Żadnych szczegółów, żadnych imion nazwisk i innych zbędnych informacji. Zróbmy to wszystko na co mamy ochotę, a potem rozstańmy się doskonale wiedząc, że już nigdy się nie spotkamy. Co Ty na to? Uczyńmy tę noc najpiękniejszą z dotychczasowych, a potem ja zamknę oczy a Ty wyjdziesz, tak żebym nie musiał pamiętać jak znikasz w tamtych drzwiach.
Będzie niesamowicie...

Ale pod koniec dnia, kiedy muzyka już ucichnie i zgaśnie większość świateł, uświadomisz sobie, że zostałeś tylko Ty i drink w Twojej ręce. Podziękujesz przystojnym panom w zaskakująco dobrze skrojonych garniturach i pięknym paniom na wysokich obcasach. Zatoczysz małe kółko ze skłębionych myśli. I tak to się kończy.

na dzisiaj kończę ze sobą wesoło


30.10.2012

lateness of the hour.



Wczoraj siedziałem na podłodze i zbierałem miniaturowe kawałki szkła.
Potem przez całą noc sklejałem jeden z drugim.
Ułożyłem to lustro na nowo, tylko po to, żeby dzisiaj znów znienawidzić swoje odbicie.

Nie umiem już patrzeć na tego człowieka po drugiej stronie. Nie umiem już zagłębić się w szarości jego oczu i dowiedzieć się o czym myśli. Nie wiem kim jest, nie wiem gdzie był, wiem że nie chcę go znać.

Przepraszam za jutro.
Potłukło się

28.10.2012

pierwszy śnieg.

miliony małych mrówek delikatnie oplatają Twoje ciało.
łaskocze, prawda? to takie przyjemne uczucie
chodzą w górę i w dół, w lewo i w prawo, i po skosie, są wszędzie, nigdy nie lubiłaś mrówek, ale są w końcu takie drobne i niepozorne, szkoda
ich
zbieram je powoli, każdą z osobna, odkładam na bok ale jest ich wciąż więcej
i więcej
wiesz, tak bardzo bym chciał
chciałbym móc Ci pomóc
ale nie mogę
stoję tak i nie mogę wyciągnąć Cię z mrowiska
jeszcze nie

jutro będziesz cała w bąblach 
one jednak gryzą
ale nie bój się śniegu
niedługo wyrosną tu nowe kwiatki



śnieg stopnieje 

22.10.2012

jeżobójca.

Don't wanna lose you

Jeże wymierają. Ich całkiem niewielka populacja maleje jeszcze bardziej z każdym nieodwzajemnionym uśmiechem i z każdą odepchniętą telepatyczną myślą. Kiedy przemykają po cichu między tonami jesiennych liści w ich czarnych oczach widać małe ogniki strachu.
Jeże nie chcą umierać. Zostały przecież stworzone po to, by na ich małe grzbiety beztrosko spadały jabłka, by mogły bawić się ze sobą na swój wyjątkowy sposób i być po prostu najbardziej jeżowymi jeżami na świecie. 
Jeże nie zostały stworzone po to, by umierać. Ale do ich zabijana stworzony został jeżobójca, który bez cienia refleksji pozbawia życia każde małe jeżowe ciałko jakie napotka. Którego chory umysł pozwala mu na odprawianie tego samego, okropnego rytuału z każdym jeżem, który stanie mu na drodze. Jeżobójca z precyzją chirurga wyrywa jeżom każdy mały kolec po kolei, a potem z pustym wzrokiem wbitym w przestrzeń wbija te kolce w tę niewielką, miękką część jeża z drugiej strony. 

Jeże umierają. Przy kolejnym małym zabójstwie po policzku jeżobójcy spływa samotna łza. On tak bardzo chciałby przestać, pokazać jeżom jak bardzo je kocha, jak wspaniałymi są zwierzętami, ale...
...czy jeżobójca kiedykolwiek może przestać być jeżobójcą...?
help me with making this possible
...don't wanna lose
today more than ever

10.10.2012

filozofia niczego.

Jestem tak bardzo zmęczony patrzeniem na was ludzie. Nie ma we mnie już więcej iskier zapalających jakąś ironiczną chęć do bycia, tu z wami, tam z wami, bez was i w pobliżu. Gdzieś między wczoraj a jutrem zagubiłem możliwość obiektywnej oceny sytuacji, teraz już wszystko wydaje się szare, wasze wyblakłe twarze wychodzą z ukrycia, straszą mnie pustymi oczodołami, a potem jak gdyby nigdy nic chowają się w kąt, by zaraz pojawić się ponownie. Nie umiem już spoglądać na wasze białe szeroko-szczere uśmiechy, zastanawiam się co zrobiliście z Tymi ludźmi, czy to alternatywny świat czy po prostu alternatywny ja?
Multum emocji kłębi mi się gdzieś pod kolanem, gdyby chmury nie płynęły tak spokojnie po niebie pewnie pomyślałbym, że skończył się już świat. To dobrze, że jesteście tak daleko, chociaż momentami nie wiem dlaczego, ale to naprawdę dobrze, moje dłonie teraz tylko przenikają przez was, ogarnia je wtedy lekki i kłujący chłód waszej bliskości. Lubię kiedy mnie nie ma, ostatnio nawet bardziej niż kiedy jestem, z okazji tej szczęśliwej okoliczności chciałem powiedzieć wam tylko jedno: koniec.

                                          moje psychodeliczne ja na środowy wieczór

5.10.2012

nocą na moim osiedlu.

Nocą na moim osiedlu w pustych oknach jarzą się puste żarówki. Swoim matowym sztucznym światłem otulają ulicę pogrążoną w makabrycznym tańcu ironii z mgłą. W pustych mieszkaniach, pełnych pustych ludzi toczy się piekielna kłótnia o żywot tu teraz i na zawsze.
Ktoś gwiżdże niedbale za rogiem, opuszczony pies skomle o kilka chwil życia więcej, ale jest tu tak poza tym strasznie cicho, gdzie nie spojrzeć to pustka i ciemność spowijają każdy centymetr kwadratowy powierzchni.
Puste dusze spoglądają nieśmiale zza firanek, wtapiają swe ciemne oczy we wszechogarniający granat zmierzchu. Boję się, ich pustka przenika mnie na wskroś, są wszędzie, wszędzie tam gdzie nie powinno ich być. W jakiś cudowny sposób pożerają mnie niemym krzykiem własnego bólu. Odchodzę.

Ale jest tu tak poza tym strasznie cicho. Podaj mi rękę...

29.09.2012

II.

Nieskończenie wiele wypowiedzianych słów nigdy nie będzie w stanie oddać rzeczywistości. To za te dni kiedy myślisz o mnie, choć ja nie myślę o Tobie.

Szalenie tęsknię za tymi dniami, kiedy beztrosko chodziliśmy po mieście, trzymając się za ręce i śmiejąc do zachodzącego nieśmiale słońca. Kiedy przytrzymywanie drzwi w progu było powodem do zabawnych niby-kłótni, a każdy przypadkowo zerwany kwiatek miał swój wyjątkowy sens nieistnienia. Wiesz, szybciej mówię niż myślę, tak naprawdę całe moje bycie w Twoim otoczeniu jest jednym wielkim spontanicznym zbiegiem okoliczności, ale to naprawdę piękne, że takie rzeczy w tym świecie mają jeszcze miejsce. Może powoli zachrypniętym głosem ulicznego grajka oddaję siebie całkowicie, bezsensownie, zatracając pozostałe komórki egoistycznego skurwiela. Może na tym to polega. Chciałbym to wiedzieć, ale dorosłość nie zawsze idzie w parze z dojrzałością.
A jeśli trzaskasz drzwiami, możesz komuś niespecjalnie przyciąć palca. Są takie palce, które niestety nie odrastają. Albo odrastają, tylko bardzo powoli.

To za te dni kiedy myślę o Tobie, choć Ty nie chcesz myśleć o mnie.

10.09.2012

M jak masochistyczna indoktrynacja bezosobowego bytu.

Losowo dobrane ładne słowa wcale nie dają gwarancji ładnego zdania.
A co jeśli ja chcę się zniszczyć?
No dobra, niech będzie, drastyczne posunięcia nigdy nie były moją silną stroną.
Wiem, że kiedyś w niedalekiej przyszłości będę jeszcze gorszym człowiekiem, ale czy musi być tak, że co jakiś czas ktoś odchodzi, odjeżdża, odlatuje, ucieka...? Nie interesuje mnie Twoje 7.673 kilometrów, nie interesuje mnie Twoje 7 godzin do tyłu, właściwie nic mnie już nie interesuje, pozdrawiam miłej zabawy. Fajnie ostrzega się ludzi przed trzęsieniem ziemi, gdy ono już się zaczęło, nie?
Wiem, że będziesz pisał, ja też, jak tylko rzucę palenie i będę miał jakieś drobne w kieszeni na znaczek zamorski. Priorytetem raz na dwa miesiące wyślę Ci sprawozdanie z życia tu bez, a Ty mi z życia tam Z.

Hej, tak wiem, wrócisz przecież za czas dłuższy czy tam trochę mniej, tylko tak może się przypadkiem stać, że wtedy ja będę z okna samolotu obserwował Twój i Ciebie wracającego tam, skąd ja uciekam.
Twoja niewiedza na temat tego co tu piszę uspokaja mnie nerwowo, dlatego nieświadomy leć te swoje cztery tysiące mil i znajdź tam to, czego tu brak.
Witaj w nowym świecie, teraz u Ciebie 16:30, świeci jeszcze słońce?



25.08.2012

odbicie na wodzie rysowane.

Od małego uczono mnie klękać. Co siódmy dzień tygodnia, pełen zapału latałem wydukać kilka nieskomplikowanych formułek. Nikt wtedy nie musiał tłumaczyć mi na czym polega wiara, wystarczyło mi to wszystko co wiedziałem, a szczerze mówiąc wiedziałem niewiele.
Teraz to do mnie nie przemawia.

    Różni ludzie mówią różne rzeczy, a ja bynajmniej nie mam zamiaru wierzyć w każde ich słowo. Ale czasami w życiu człowieka, albo istoty tak mało człowieczej jak ja, pojawia się moment, kiedy jedyną osobą, która jest w stanie wysłuchać, jest osoba której nie ma. Albo jest, nie wiem, nie wtrącam się, od tego mamy już wykwalifikowanych ludzi.
   
   Drogi Boże, Allahu, Jahwe, Buddo, 
naprawdę nie obchodzi mnie czy jesteś potężną istotą mieszkającą na jakiejś nieznanej dotąd planecie
sprawującą pieczę nad naszymi losami,
czy też Twoja postać zamyka się w małym pyłku topoli
który spowodował wielkie kichnięcie tj. Wielki Wybuch,
początek naszego istnienia.
Czymkolwiek jesteś i  o ile jesteś, nie ma to dla mnie większego znaczenia.
Ale jeśli jednak słyszysz teraz ten ogromny szum żalu w mojej głowie,
albo masz przynajmniej dostęp do internetu,
chciałbym Ci powiedzieć kilka rzeczy.
Dużo tego nie będzie obiecuję...

Wiesz, coraz mniej potrafię być. Kiedyś gdzieś tam na dnie lądowało moje ego, ustępując miejsca innym, ważniejszym ludziom. Teraz moja zachłanność świata i tego wszystkiego co czyni mnie z dnia na dzień coraz bardziej zachłannym, powoduje u mnie niemożność przestania. Muszę przestać krzywdzić ludzi, ale im więcej mam z nimi do czynienia, tym trudniej jest mi zatrzymać się na moment i spojrzeć na siebie z boku. Cały czas powtarzam, że przewyższają mnie oczekiwania innych, ale tak naprawdę poczucie bezsensu w mojej codzienności powoduję ja sam, moja niemożność skupienia się na czymś ważnym, czymś co nadałoby jakiś bieg życiu. 
Moja surrealistyczna małostkowość w dobieraniu życiowych celów sprowadza mnie coraz szybciej na dno, a ja nie mogę z tym nic zrobić, choć to może nie do końca prawda, bo nawet się nie staram. Czasami myślę, że wina leży po mojej stronie...co też ja za głupoty wygaduję, tak jest na pewno, ale chyba brakuje kogoś lub czegoś, co pomogłoby mi to zmienić. 
Wiesz, to co boli mnie najbardziej, to ta bezwzględna świadomość mniej lub bardziej zamierzonego ranienia ludzi, to, że im bardziej nie chcę tego robić, tym bardziej mi to nie wychodzi. Życie paradoksami jest dla ludzi szalonych i chorych psychicznie i to chyba nie świadczy o mnie najlepiej, przepraszam zatem. To nasza pierwsza rozmowa od bardzo dawna, powinienem więc chyba przedstawić się w nieco lepszym świetle. Przykro mi. 
Ale wiesz, może przy następnej okazji nawet nie będę musiał kłamać, żeby opisać się jako człowieka przyzwoitego...

AMEN



16.07.2012

until death do us part.

Zakręcony ból pełza bezszelestnie między kośćmi, przeciska się najmniejszym ubytkiem, wędruje w górę. Jego chude silne ręce spowijają lewe płuco, paznokciami drażni delikatną powłokę serca, na moment odzywa się w uchu tylko po to, by zaraz znów powędrować do kolan przy okazji zatapiając swe zęby w okolicach bioder. 

Niespodziewanie nastał czas odliczania wstecz, a nie naprzód, do tego jakieś ostatnie resztki zdrowego rozsądku nakazują niepokornemu duchowi zaprzyjaźnić się z jego przyszłością. Najpiękniejsze fotografie już wyblakły, najważniejsze blizny zarosły już dawno temu, gdzieś musi mimo wszystko znaleźć się miejsce na nadchodzące życie. Beznadziejność posiadania marzeń chyba jak nigdy wydaje się największą karą za występki młodości. Oto ten moment, by wziąć za rękę swą przyszłość i ślubować jej miłość, wierność i uczciwość. Później nie będzie już na to czasu. 

To zabawne, że za długo leżąca w lodówce ostatnia limonka przywdziewa futerko. 

Zostałem sam, stoję przed ołtarzem, szafarz życia niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę.
Nie możemy czekać dłużej, przecież tam za drzwiami czekają w kolejce inni. Niesprawiedliwym byłoby odbierać im szansę na lepsze jutro, spędzone już razem.
Nieważne. Gdziekolwiek jesteś moja Przyszłości, ślubuję Ci siebie. 

I że Cię nie opuszczę aż do śmierci. 

A.D. 13.07.2012



13.06.2012

57.

W jak najmniej spodziewanych momentach budzi się w nas pojęcie patriotyzmu. We mnie, tak zawężę grono podejrzanych. Czy każdy z nas czeka na taką chwilę, kiedy zacznie rozumieć, że narzekanie jest dobre dla dzieci i malkontentów? Że mamy czym się chwalić, że już dawno zrzuciliśmy naskórek Polski Ludowej i to jest nasz czas. Ha ha, to ja - ten, któremu tak śpieszy się do wyjazdu gdzieś zagranicę. Hipokryta.
Dzisiaj, w okolicach godziny 22, trzy czwarte Polaków zostało patriotami, takimi prawdziwymi, choć może tylko na kilka minut. I nie chodzi mi o "patriotyczne" przyśpiewki obrażające Rosjan, sędziego "szwaba" i innych, ale o to przyśpieszone bicie serca, zwiększone tętno i ogromną nadzieję rozpierającą nasze piersi, kiedy 11 facetów w białych koszulkach biega po boisku i próbuje wkopać kawałek materiału do bramki. Czy nie jest piękne, że umiemy się zjednoczyć i razem, wspólnymi BIAŁO-CZERWONYMI siłami wspierać Naszych i cieszyć się z ich sukcesów? 

Chyba dzisiaj zostałem patriotą, choć może tylko na kilka minut. Ale serce wciąż dudni, krew wciąż pulsuje i duma rozpiera mocno tak bardzo. 

...jak można nie kochać piłki nożnej...? 
57
Jakub B.
POLSKA

FOREVER ALWAYS

POLSKA BIAŁO - CZERWONI 

11.06.2012

jesteś różowy krem na cieście.

"Jesteś różowy krem na cieście..."

Opuszkami palców delikatnie krążysz po ostrych krawędziach mojej duszy.
Niezapomniane doznania, przecież były tu od zawsze, tylko dlaczego tak długo zajęło ich dostrzeżenie.
Przepraszam, jeżeli naraziłem Cię na ból, w jakiejkolwiek postaci, przepraszam naprawdę bardzo.
Ludzie powiadają, że z nieświadomości wynika zwiększone ryzyko. Zakażenie. 
Doprowadzi mnie tam, gdzie ostatni śmiech zamilknął wieki temu, a serce spróchniałe rozsypuje się na  błyszczące diamentowe kawałki. 
Lubię to, masochistycznie i brutalnie, krzywdząco dla siebie i Ciebie oraz Innych, lubię uciekać i skakać w przepaść, z której i tak ostatecznie się wydostanę, zbyt często skakałem, zbyt szybko nauczyłem się sobie z tym radzić. 
N i e s a m o w i c i e 

...spoglądasz wyrozumiale, zwilżając wargi po zjedzeniu kolejnego kawałka 


"Jesteś różowy krem na cieście
i byłbym Ciebie jadł
o wiele częściej
o ile zechcesz..."
                                [P. Rogucki - Mała]

11.05.2012

los cebula i krokodyle łzy.

Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień.

Cisza zasnuwa mi oczy, przykrywa mój umysł pozorną kołdrą przyjemności. Nie jest łatwo nie ma lekko, szczególnie ostatnio, choć jeden czy tam dwa kwiatki wykwitły niedawno pod moim balkonem. Zzieleniało za oknem ale jeszcze nie wiem co z tego, skoro wewnątrz spopielałe resztki tlą się ostatnim podmuchem wiatru. Szyja boli mnie już od oglądania się za wami i sprawdzania, czy przypadkiem nie spadło, czy może nie trzeba poprawić bo czapeczka lekko się przekrzywiła. Nie ma sensu przedłużanie tej gry, skakanka zaraz się urwie i niemal na pewno ktoś się przewróci, takie są prawa życia. Ale dobrze, poskaczmy jeszcze, może jednak linka wytrzyma, przynajmniej o tę jedną chwilę dłużej.

Jestem zmęczony.
Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok.
...Życie


Ale nie, już zbieram się w sobie, przestaję wyć. 
Przestaję płakać. 

IDĘ



29.04.2012

truth revealed.

How many more times?



Trzynaście lat temu powstała prawda objawiona. Coś, na co ludzkość czekała od niemal dwóch tysiącleci, od czasu kiedy ukrzyżowano trzech, a pośród nich Jednego.
Chyba źle powinienem czuć się z faktem, że to, co Kościół ze swoją nauką próbują wpoić mi od dziecka, jest dla mnie zrozumiałe tylko dzięki filmowi. 188 minut kolejno posklejanych klatek, ponad trzy godziny sekwencji ujęć - czy to nie dziwne, że czyjś zamysł zobrazowany w taki sposób trafia do mnie bardziej, niż cokolwiek innego...?
Po raz kolejny spędziłem dzisiejszy wieczór wpatrzony w ekran telewizora.

Wciąż zadziwiają mnie te momenty, kiedy łapię się na tym, że po policzkach lecą mi łzy...

...czas ruszyć dalej, zieloną milą...


hey Mr. Jingles

19.04.2012

za każdym razem.


„ - Czy wiedziałaś, że zapach składa się z malutkich fragmentów, które oddzieliły się od osoby? – zapytałam mamę.
- Węch to potężny zmysł.
Przypomniało mi się to i uświadomiłam sobie, że zapach Twojej sukienki to były drobniutkie cząsteczki Ciebie uwięzione w bawełnianych włóknach.
Wciągnęłam powietrze, nieprzygotowana na emocjonalny zawrót głowy związany z odczuwaniem Twojej bliskości pod Twoją nieobecność.”

            Flanelowa koszula, która wczoraj wieczór luźno opadała na jej ramiona, dzisiaj zyskała nowy wymiar. Trzy rozpięte guziki nieśmiało obnażały wyraźnie zarysowaną linię obojczyków, a kilka centymetrów i jeden rozpięty guzik niżej jej twarde, białe piersi delektowały się dotykiem miękkiej flaneli. W świetle ulicznej latarni, które przemykało się sprytnie między zasłonami, jej lekki makijaż zdawał się nie spełniać swej roli. Była jeszcze piękniejsza niż zwykle, spięła niedbale włosy, a niesforny kosmyk oplatał lekko jej szyję, upajał się zapachem jej miękkiej skóry.
W twojej koszuli czekała na ciebie do późna, ale znowu musiałeś zostać dłużej w pracy. Rano pozostał po niej tylko zapach, kilkanaście tysięcy niewidzialnych cząstek, które rozsiała nieświadomie po koszuli.
                                              
Jak miło było się w nią wtulić. 

           

Znowu zostałaś na noc. Obudziły cię pierwsze dźwięki ptaków, ale on jeszcze w najlepsze śnił przytulony do poduszki. Twoja ulubiona jego koszulka, jak zwykle przesiąknięta ostrym zapachem perfum, żelem pod prysznic i esencją jego ciała, tym razem pachniała czymś jeszcze. Najwyraźniej wczoraj zanim się spotkaliście, był z kolegami na piwie. Chyba palił.
To nie miało znaczenia. Kochałaś ten zapach, kochałaś tę koszulkę. Doskonale wiedziałaś, w którym miejscu jego perfekcyjnie wyrzeźbione klatka piersiowa odznaczała się wyraźnie spod koszulki. Czajnik zaczął piszczeć. Kiedy zalewałaś kawę, poczułaś jego twarde mięśnie oplatające cię delikatnie i te jedwabne wargi, którymi całował cię po szyi. A jego zapach, trochę słabszy niż zwykle, a jednak wciąż paradoksalnie bardzo wyrazisty zalewał powoli każdą komórkę twojego ciała. Niesamowite.
                                                                                  
Wkrótce byliście jednością.



***

To doprawdy zabawne jak ludzie mnie nie znają. Albo jak im się wydaje, że mnie znają. Ale nie ma co narzekać, to przecież nie ich wina, bo jakim sposobem, skoro ja sam nawet siebie nie znam.
Albo może i znam, tylko boję się do tego przed sobą przyznać.

Czasami odkrywam życie na nowo, a zapach to coś, czego jeszcze do końca nie pojąłem. Niespotykane, jak jeden zmysł, kilka cząsteczek kogoś może tak diametralnie odwrócić nasze postrzeganie.

Dlatego wciąż będę się w nim zatapiał. Miło jest czuć czyjąś obecność, chociażby pozornie. Wyobrażać sobie, że jest tuż obok.

Są momenty, że tak trzeba. 

14.04.2012

piątek 13-ego.

Kiedy słońce wdziera się przez posklejane od dymu powieki, a w głowie niewyraźnie majaczą fragmenty ostatniej nocy, rozumiem.
Kiedy resztki buzującego we krwi alkoholu ulatniają się niepospiesznie przez zaciśnięte pory i kiedy ostatkiem sił dudni w uszach wczorajsza muzyka, rozumiem.
Kiedy odblaskowy mundur pojawia się w lustrze i kiedy poziom adrenaliny osiąga apogeum i nawet kiedy sylwetki tracą powoli swoją określoną ostrość, ja wciąż rozumiem.
Kiedy ostre opiłki chłodnego nocnego powietrza wrzynają się pod skórę, kiedy bezsensowy kawałek papieru w formacie A4 wygina się na wietrze, a obok ktoś o niespotykanej temperaturze ciała i dłoń w dłoni, aż paruje i jeszcze trochę procentów, ja mimo to nadal rozumiem.
Kiedy ból głowy nie pozwala mi się skupić na odblaskowo-białych klawiszach klawiatury, a hałas przejeżdżających samochodów atakuje mnie w uszy, nadal, wciąż i nieprzerwanie rozumiem.

Patrzę w lustro i rozumiem, odnajduję w tym rację.
Przyznaję się bez bicia.

Jestem głupim gówniarzem.


zapiski ze stolicy Lbn



...a teraz czekam na kawę...

12.04.2012

Tak sobie siedzę i myślę, że przecież to tak od dawna. 
To tak od zarania dziejów i pewnie na pewno nie jestem pierwszym, który na to wpadł, było przede mną setki i tysiące pseudo-Sokratesów i pseudo-innych wielkich myślicieli. 
Może i jestem gwiazdą, choć nie wiem jak mocny daję blask pośród miliardów moich pobratymców, zawieszonych niedbale obok mnie na granatowym firmamencie nieba. 
Może i jestem gwiazdą, ale przecież każdy z nas jest. Bo każdy z nas dostał kiedyś rolę w najstarszym i najbardziej popularnym teatrze w dziejach ludzkości - nazywa się on Świat i swoje sztuki wystawia praktycznie wszędzie. To zabawne, że ta jedna, która czasami jest dramatem, czasami komedią, a czasami gatunkiem trudnym do określenia, wymaga aż tak dużej ilości aktorów. Do tego pierwszoplanowych. 
W dniu naszych narodzin, każdy z nas otrzymał niepisaną umowę na angaż w najmocniej wyświechtanej sztuce Świata, angaż na główną rolę. Sztuka owa jest sztuką autora nieznanego i nosi całkiem przyziemny tytuł Życie. 
I choć obecnie z różnym stażem, wszyscy już po kilku mniej lub bardziej pracowitych latach zrozumieliśmy, że na scenę wychodzi się w masce. Na scenie nie jest się sobą, na scenie się gra lub, jak kto woli, udaje kogoś innego. Takimi prawami rządzi się teatr Świat, a nikt z nas nigdy nie pokusił się o przeczytanie kilku zdań napisanych drobnym maczkiem w prawym dolnym rogu naszej umowy o zatrudnienie. I jeszcze długo nikt tego nie zrobi. 
W efekcie codziennie rano, gdy po krótkiej przerwie wracamy na scenę, zakładamy maskę, żeby nikt nie miał do nas pretensji. Ale co, gdy z każdym dniem maska coraz bardziej opornie schodzi z naszej twarzy? Co, gdy w końcu wraz z nią odrywamy kawałki mięsa, zostawiając coraz mniej siebie w sobie? Przecież nie możemy jej tak po prostu nie zakładać, publika będzie niezadowolona, aż w końcu dostaniemy wypowiedzenie, a trzeba wiedzieć, że w teatrze Świat nie obowiązuje pojęcie "okresu wypowiedzenia" - tam po prostu klamka zapada i ciach. Nie ma nas. Puff. Znikamy. 
Dylemat. Ładne słowo, choć zdecydowanie bardziej wolę impas. Sprawia, że czuję się mądrzejszy.


A co kiedy ktoś dostał rolę kurczaka zapłodowego? 
Impas.

6.04.2012

jealousy is a shadow of love.

Całkowita obojętność nie może być tak prosta, jak mówią. To rzeczywiście nęcące, perspektywa takiego bytowania wodzi mnie za nos i kusi i najwyraźniej prędzej postradam zmysły, niż się od niej uwolnię. Ale przecież...jak prawdziwym może nam wydawać się coś kompletnie nierealnego?

Nie wiem czy to przez towarzystwo, czy przez doświadczenie, czy może przez narastającą głupotę, ale ostatnimi czasy łapię się na byciu zazdrosnym o ludzi. Ktoś kiedyś ot tak, niechcący powiedział, że zazdrość to cień miłości, ale w takim razie to oznaczałoby, że jest we mnie miłość, że jeszcze potrafię kochać, że coś tam gdzieś w środku...
Nie, no proszę, kolejny raz popadamy w teorie odrealnione.
Tak czy siak, mówię szczerze. To okropne uczucie być zazdrosnym, przecież każdy ma prawo co zechce i nie możemy od niego wymagać. A jednak jakkolwiek nieprzyjemna by owa zazdrość nie była, pojawia się wciąż, momentami ze spotęgowaną siłą, aż się nie chce wierzyć, że jakiś organ jest w stanie takie emocje odczuwać.


Czasami naprawdę żałuję, że nie poszedłem w kierunku medycyny. Już za kilka lat byłbym w stanie pomóc sobie sam, pozbyć się niepotrzebnych odczuć i zostawić po nich zaledwie kilkucentymetrową bliznę na mostku.
Jednak strach przed skalpelem zwyciężył. Przeraża mnie, jak łatwo tak pozornie małym kawałkiem stali można pozbawić się wszystkiego. Tchórz to moje drugie imię.



A dzisiaj z okazji siódmego dnia życzę sobie wszystkiego najlepszego.

30.03.2012

długość dźwięku beznadziejności.


Beznadziejność. To słowo określało ostatnio coraz częściej jego rzeczywistość. W ogóle jakimś paradoksalnym sposobem, wiele wyrazów, ciągów liter składało się na to co czuł już jakiś czas - Nic. Zamknięty w czterech ścianach swoich własnych lęków krążył powoli, niczym lew uwięziony w klatce, oceniający skrupulatnie szanse ucieczki. Ale z jego klatki, z jego Nic ucieczka była niemal niemożliwa.
Czuł się coraz dziwniej spoglądając co rano na swoje odbicie, chyba z każdym kolejnym zsiniałym fragmentem skóry pod oczami widział coraz mniej siebie. Gdzieś zagubił to pewne Ja, jego Byt opierał się teraz już tylko na mechanicznych uderzeniach serca, które po prostu się do tych uderzeń przyzwyczaiło.
Z pewnością nie był tchórzem. W każdym następnym mechanicznym uniesieniu klatki piersiowej widział zwykłego egoistę, zbyt dbającego o siebie, żeby świadomie zadać sobie taki ból. 
Może jednak był tchórzem? 
Tchórzliwym egoistą? 
Tak, brzmi ładniej. 
Spoglądając na poczerniałą fotografię nieświadomie szukał ciemnych oczu P., które swoją nieprzeniknioną głębią pozwalały mu odnaleźć jakąś niewielką część siebie. Przynajmniej przez trzy ostatnie lata. 
Ale teraz nie mógł spojrzeć w te dwie ciemne plamki na nieostrym zdjęciu. Nie mógł wybaczyć im, że zostały tylko dwiema ciemnymi plamkami na śliskim papierze. Nie mógł wybaczyć sobie, że nie potrafił się pożegnać. Każdego dwudziestego ósmego dnia każdego stycznia już od trzech lat zbierał się w sobie, by pogodzić się i pozwolić odejść dwóm ciemnym plamkom i ich właścicielowi. Nie mógł.
Dwudziestego ósmego dnia jednego jedynego marca dotarło do niego, że już nigdy nie będzie miał na to szansy. 


Nieważne, jak panicznie próbował wymyślić sposób na ostatnie spotkanie, nie mógł pozwolić sobie na kolejną porcję słonych łez. Siedział więc w ciemnym pokoju, wpatrzony przed siebie pozwalał, by ogarnęła go całego.
Beznadziejność. Najlepsze, co mógł teraz czuć. 



27.02.2012

nagi facet na czwartym piętrze.

Pogoda nie sprzyja rozmyślaniom, potłuczone butelki też, ale nie da się przestać, trzeba grać w wojnę. W wojnę się nie wygrywa, w wojnę się gra i gra i gra po to tylko, żeby grać i nie musieć przestawać, i żeby nikt nie musiał być przegranym.
Nie lubię patrzeć tam, gdzie mnie ktoś zmusza, bo patrzenie samo w sobie budzi we mnie fascynację bycia człowiekiem, możliwości patrzenia gdzie się tylko zechce. W ogóle odkrywam chyba w sobie na nowo istotę ludzką, zmysły przyprawiają mnie o zachwyt, takie naturalne, takie wyzwalające. Słuchać też nie lubię tego, co mi każą, bo przecież ja słucham co zechcę, to ja ja ja człowiek wolny ograniczony jedynie smutnym faktem życia. Powtarzam się, ale lubię żyć.
Przewartościowuje się we mnie to i owo i zaczynam rozumieć, że jak bardzo nie pragnąłbym przestać, i tak zawsze będę Dla innych. To chyba muszę w sobie zaakceptować i żyć ze świadomością potrzeby bycia tego rodzaju człowiekiem. Po prostu.
Tak, że życie jest słodkim kłamstwem, a śmierć gorzką prawdą wiemy już, tak myślę, całkiem dobrze.
I nigdy więcej potłuczonych butelek i szkarłatnego płynu i łez i procentów parujących w ułamku sekundy. I trzeba grać w wojnę i nie wygrywać, tylko wciąż grać dla samego faktu. Tak już jest skonstruowany świat.



***
Wracałem rano bez łez i procentów i lekko szkarłatny i spoglądał na mnie nagi facet na czwartym piętrze. Stał w oknie i tylko patrzył, bo przecież mógł i chociaż był nagi i obcy to poczułem, że mógłby wiedzieć, a przynajmniej ja mógłbym się z nim tym podzielić. Jednak on był wciąż nagi i na czwartym piętrze, a są jednak rzeczy takie, które zwyczajnie nie przystoją. 

28.01.2012

trochę nie-tak.

Hej ziomek, skoczymy na piwo? Jasne, spoko, nie ma sprawy, dlaczego nie.



Coś mnie ostatnio kłuje, lekko uwiera, nie wiem, może to słowa, a może ludzie, oni zwykli mnie boleć w różne partie serca. Ale przecież dlaczego? Jakoś tak dobrze mi się ostatnio żyło, całkiem naturalnie bezproblemowo. Miło było nie myśleć o pojedynczych zgłoskach codzienności, ale tak całkiem zwyczajnie zachłystywać się pełnymi zdaniami, wypełniać nimi całe płuca i oddawać światu tylko tę małą, niezbędną ich część. Nie wiem kiedy to wszystko tak starannie skurczyło się w sobie, kiedy z poematu stało się jedynie krótkim zdaniem. Przecież było tak dobrze. Tfu, co też ja mówię – przecież jest tak dobrze.
Oko ręka usta włosy, zielony brązowy bladoniebieski – składamy się z ogromnej ilości słów, złączonych w mniej lub bardziej rozbudowane zdania, ale... Zgubiłem, zapodziałem. Gdzieś umknął mi jeden wyraz, kluczowy tak podejrzewam, bo teraz jakoś ciężej przychodzi mi odnalezienie sensu.

Mam wrażenie… NIE. Miałem wrażenie… NIE. Miewam wrażenie, że gdzieś tuż tuż obok stoi to, czego szukam. Stoi i krzyczy, woła do mnie z całych sił, ale tak już mam, że głuchy i ślepy bywam na najważniejsze.

Coś jest zdecydowanie trochę nie lub trochę tak, w każdym razie na pewno NIE TAK jak być chyba powinno.

I to COŚ uparcie mnie właśnie kłuje, gdzieś niezbyt głęboko, jak drzazga tkwi pod skórą, ale sam nie wyciągnę, AUĆ!



BOLI.

(A potem dowiedziałem się, że mężczyzna nie powinien okazywać bólu.)
Zatem poprzestańmy na tym, że KŁUJE. 

6.01.2012

ja, czyli ósma część krzyku.


Nie mam pojęcia kiedy i dlaczego, choć może jednak wiem co nieco na ten temat, tak, myślę że to może mieć jakiś sens. Jestem niewiadomym pierwiastkiem, jakimś nic, albo może przynajmniej niewiele znaczącym pyłkiem kurzu świata unoszącym się swobodnie pośród Wszystkiego. 


Jestem cham nie dzieciak, a jest szansa, że i na odwrót, nie myślałem o tym ostatnio. Mogę bez problemu na palcach jednej ręki policzyć Tych Wszystkich, którzy i kropka. Którym domyśleć się jedynie pozostaje, że są Tymi Wszystkimi, którzy i tym razem trzy kropki...


Jestem tu i teraz, a potem mnie nie będzie. Brzydki. Zły. I Szczery. Nie, to chyba jednak nie ja, choć momentami chciałbym, o nawet nie wiecie jak bardzo, jak mocno, jak zachłannie. Ale wciąż lubię tę piosenkę i z szacunkiem do autora słucham jej w tych momentach, kiedy nie podobam się sobie jako człowiek i osoba, która Tu istnieje. 

"To znowu ja, czyli ósma część krzyku."