Biel z czernią stanowiły paradoksalnie niesamowitą jedność, potrzebowały się tego dnia wyjątkowo. Długi welon, podtrzymywany niezdarnie przez druhny w miętowych sukienkach kołysał się na wietrze. Czerń garnituru połyskiwała w ostatnich promieniach zachodzącego wrześniowego słońca. Czerwone usta zostawiły ostatni ślad na papierosie, który wraz z resztkami zdrowego rozsądku wylądował na ziemi. Zaczęło się, transmisja na żywo, oszalałe serce, wyrywające się jednocześnie z dwóch piersi. Nic już nie mogło zatrzymać lawiny zdarzeń, choć jakaś niewidzialna siła podpowiadała im, że są dokładnie tam, gdzie było im to pisane. Przez chwilę echo kościelnych murów niosło ze sobą dwa przyspieszone oddechy, które ustały jednocześnie na kilka niezauważalnych ułamków sekundy, po to tylko, by wraz z najważniejszym tego dnia słowem powrócić do normalnego rytmu. Krótka wymiana spojrzeń wystarczyła im, żeby wiedzieć, że zawiła przeszłość była jedynie pretekstem do słodkiej przyszłości. Świat stanął w miejscu i na chwilę zostali całkiem sami.
Potem była zabawa. To już osobna historia, być może na inną okazję. Pozwolę sobie wspomnieć jedynie o tajemniczym jegomościu w miętowym garniturze, którego nikt tej nocy prócz mnie nie widział. Stał za oknem, w cieniu wysokich drzew, dzierżąc w ręku szklankę whisky. Zrobił krok do tyłu i gdy upewnił się, że nikt go nie widzi, zapalił papierosa i mruknął do siebie: "odbijany"...
To był piękny dzień
dedykacja już nieaktualna