29.04.2012

truth revealed.

How many more times?



Trzynaście lat temu powstała prawda objawiona. Coś, na co ludzkość czekała od niemal dwóch tysiącleci, od czasu kiedy ukrzyżowano trzech, a pośród nich Jednego.
Chyba źle powinienem czuć się z faktem, że to, co Kościół ze swoją nauką próbują wpoić mi od dziecka, jest dla mnie zrozumiałe tylko dzięki filmowi. 188 minut kolejno posklejanych klatek, ponad trzy godziny sekwencji ujęć - czy to nie dziwne, że czyjś zamysł zobrazowany w taki sposób trafia do mnie bardziej, niż cokolwiek innego...?
Po raz kolejny spędziłem dzisiejszy wieczór wpatrzony w ekran telewizora.

Wciąż zadziwiają mnie te momenty, kiedy łapię się na tym, że po policzkach lecą mi łzy...

...czas ruszyć dalej, zieloną milą...


hey Mr. Jingles

19.04.2012

za każdym razem.


„ - Czy wiedziałaś, że zapach składa się z malutkich fragmentów, które oddzieliły się od osoby? – zapytałam mamę.
- Węch to potężny zmysł.
Przypomniało mi się to i uświadomiłam sobie, że zapach Twojej sukienki to były drobniutkie cząsteczki Ciebie uwięzione w bawełnianych włóknach.
Wciągnęłam powietrze, nieprzygotowana na emocjonalny zawrót głowy związany z odczuwaniem Twojej bliskości pod Twoją nieobecność.”

            Flanelowa koszula, która wczoraj wieczór luźno opadała na jej ramiona, dzisiaj zyskała nowy wymiar. Trzy rozpięte guziki nieśmiało obnażały wyraźnie zarysowaną linię obojczyków, a kilka centymetrów i jeden rozpięty guzik niżej jej twarde, białe piersi delektowały się dotykiem miękkiej flaneli. W świetle ulicznej latarni, które przemykało się sprytnie między zasłonami, jej lekki makijaż zdawał się nie spełniać swej roli. Była jeszcze piękniejsza niż zwykle, spięła niedbale włosy, a niesforny kosmyk oplatał lekko jej szyję, upajał się zapachem jej miękkiej skóry.
W twojej koszuli czekała na ciebie do późna, ale znowu musiałeś zostać dłużej w pracy. Rano pozostał po niej tylko zapach, kilkanaście tysięcy niewidzialnych cząstek, które rozsiała nieświadomie po koszuli.
                                              
Jak miło było się w nią wtulić. 

           

Znowu zostałaś na noc. Obudziły cię pierwsze dźwięki ptaków, ale on jeszcze w najlepsze śnił przytulony do poduszki. Twoja ulubiona jego koszulka, jak zwykle przesiąknięta ostrym zapachem perfum, żelem pod prysznic i esencją jego ciała, tym razem pachniała czymś jeszcze. Najwyraźniej wczoraj zanim się spotkaliście, był z kolegami na piwie. Chyba palił.
To nie miało znaczenia. Kochałaś ten zapach, kochałaś tę koszulkę. Doskonale wiedziałaś, w którym miejscu jego perfekcyjnie wyrzeźbione klatka piersiowa odznaczała się wyraźnie spod koszulki. Czajnik zaczął piszczeć. Kiedy zalewałaś kawę, poczułaś jego twarde mięśnie oplatające cię delikatnie i te jedwabne wargi, którymi całował cię po szyi. A jego zapach, trochę słabszy niż zwykle, a jednak wciąż paradoksalnie bardzo wyrazisty zalewał powoli każdą komórkę twojego ciała. Niesamowite.
                                                                                  
Wkrótce byliście jednością.



***

To doprawdy zabawne jak ludzie mnie nie znają. Albo jak im się wydaje, że mnie znają. Ale nie ma co narzekać, to przecież nie ich wina, bo jakim sposobem, skoro ja sam nawet siebie nie znam.
Albo może i znam, tylko boję się do tego przed sobą przyznać.

Czasami odkrywam życie na nowo, a zapach to coś, czego jeszcze do końca nie pojąłem. Niespotykane, jak jeden zmysł, kilka cząsteczek kogoś może tak diametralnie odwrócić nasze postrzeganie.

Dlatego wciąż będę się w nim zatapiał. Miło jest czuć czyjąś obecność, chociażby pozornie. Wyobrażać sobie, że jest tuż obok.

Są momenty, że tak trzeba. 

14.04.2012

piątek 13-ego.

Kiedy słońce wdziera się przez posklejane od dymu powieki, a w głowie niewyraźnie majaczą fragmenty ostatniej nocy, rozumiem.
Kiedy resztki buzującego we krwi alkoholu ulatniają się niepospiesznie przez zaciśnięte pory i kiedy ostatkiem sił dudni w uszach wczorajsza muzyka, rozumiem.
Kiedy odblaskowy mundur pojawia się w lustrze i kiedy poziom adrenaliny osiąga apogeum i nawet kiedy sylwetki tracą powoli swoją określoną ostrość, ja wciąż rozumiem.
Kiedy ostre opiłki chłodnego nocnego powietrza wrzynają się pod skórę, kiedy bezsensowy kawałek papieru w formacie A4 wygina się na wietrze, a obok ktoś o niespotykanej temperaturze ciała i dłoń w dłoni, aż paruje i jeszcze trochę procentów, ja mimo to nadal rozumiem.
Kiedy ból głowy nie pozwala mi się skupić na odblaskowo-białych klawiszach klawiatury, a hałas przejeżdżających samochodów atakuje mnie w uszy, nadal, wciąż i nieprzerwanie rozumiem.

Patrzę w lustro i rozumiem, odnajduję w tym rację.
Przyznaję się bez bicia.

Jestem głupim gówniarzem.


zapiski ze stolicy Lbn



...a teraz czekam na kawę...

12.04.2012

Tak sobie siedzę i myślę, że przecież to tak od dawna. 
To tak od zarania dziejów i pewnie na pewno nie jestem pierwszym, który na to wpadł, było przede mną setki i tysiące pseudo-Sokratesów i pseudo-innych wielkich myślicieli. 
Może i jestem gwiazdą, choć nie wiem jak mocny daję blask pośród miliardów moich pobratymców, zawieszonych niedbale obok mnie na granatowym firmamencie nieba. 
Może i jestem gwiazdą, ale przecież każdy z nas jest. Bo każdy z nas dostał kiedyś rolę w najstarszym i najbardziej popularnym teatrze w dziejach ludzkości - nazywa się on Świat i swoje sztuki wystawia praktycznie wszędzie. To zabawne, że ta jedna, która czasami jest dramatem, czasami komedią, a czasami gatunkiem trudnym do określenia, wymaga aż tak dużej ilości aktorów. Do tego pierwszoplanowych. 
W dniu naszych narodzin, każdy z nas otrzymał niepisaną umowę na angaż w najmocniej wyświechtanej sztuce Świata, angaż na główną rolę. Sztuka owa jest sztuką autora nieznanego i nosi całkiem przyziemny tytuł Życie. 
I choć obecnie z różnym stażem, wszyscy już po kilku mniej lub bardziej pracowitych latach zrozumieliśmy, że na scenę wychodzi się w masce. Na scenie nie jest się sobą, na scenie się gra lub, jak kto woli, udaje kogoś innego. Takimi prawami rządzi się teatr Świat, a nikt z nas nigdy nie pokusił się o przeczytanie kilku zdań napisanych drobnym maczkiem w prawym dolnym rogu naszej umowy o zatrudnienie. I jeszcze długo nikt tego nie zrobi. 
W efekcie codziennie rano, gdy po krótkiej przerwie wracamy na scenę, zakładamy maskę, żeby nikt nie miał do nas pretensji. Ale co, gdy z każdym dniem maska coraz bardziej opornie schodzi z naszej twarzy? Co, gdy w końcu wraz z nią odrywamy kawałki mięsa, zostawiając coraz mniej siebie w sobie? Przecież nie możemy jej tak po prostu nie zakładać, publika będzie niezadowolona, aż w końcu dostaniemy wypowiedzenie, a trzeba wiedzieć, że w teatrze Świat nie obowiązuje pojęcie "okresu wypowiedzenia" - tam po prostu klamka zapada i ciach. Nie ma nas. Puff. Znikamy. 
Dylemat. Ładne słowo, choć zdecydowanie bardziej wolę impas. Sprawia, że czuję się mądrzejszy.


A co kiedy ktoś dostał rolę kurczaka zapłodowego? 
Impas.

6.04.2012

jealousy is a shadow of love.

Całkowita obojętność nie może być tak prosta, jak mówią. To rzeczywiście nęcące, perspektywa takiego bytowania wodzi mnie za nos i kusi i najwyraźniej prędzej postradam zmysły, niż się od niej uwolnię. Ale przecież...jak prawdziwym może nam wydawać się coś kompletnie nierealnego?

Nie wiem czy to przez towarzystwo, czy przez doświadczenie, czy może przez narastającą głupotę, ale ostatnimi czasy łapię się na byciu zazdrosnym o ludzi. Ktoś kiedyś ot tak, niechcący powiedział, że zazdrość to cień miłości, ale w takim razie to oznaczałoby, że jest we mnie miłość, że jeszcze potrafię kochać, że coś tam gdzieś w środku...
Nie, no proszę, kolejny raz popadamy w teorie odrealnione.
Tak czy siak, mówię szczerze. To okropne uczucie być zazdrosnym, przecież każdy ma prawo co zechce i nie możemy od niego wymagać. A jednak jakkolwiek nieprzyjemna by owa zazdrość nie była, pojawia się wciąż, momentami ze spotęgowaną siłą, aż się nie chce wierzyć, że jakiś organ jest w stanie takie emocje odczuwać.


Czasami naprawdę żałuję, że nie poszedłem w kierunku medycyny. Już za kilka lat byłbym w stanie pomóc sobie sam, pozbyć się niepotrzebnych odczuć i zostawić po nich zaledwie kilkucentymetrową bliznę na mostku.
Jednak strach przed skalpelem zwyciężył. Przeraża mnie, jak łatwo tak pozornie małym kawałkiem stali można pozbawić się wszystkiego. Tchórz to moje drugie imię.



A dzisiaj z okazji siódmego dnia życzę sobie wszystkiego najlepszego.