19.07.2011

ostatni nielegalny rok życia.

przychodzi taki dzień, kiedy się budzisz, a pod powieki wkrada ci się nowa rzeczywistość
całkiem przyjazna, myślisz choć pewność siebie z którą jeszcze wczoraj piłeś wódkę, została gdzieś głęboko pod kołdrą

wiecie miałem kiedyś zwierzątko. oswoiłem je nawet, przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni wzlotów i upadków siedzieliśmy obok siebie. ręka w rękę. to znaczy ręka w łapkę.
białym ogonem doświadczenia zmiatało mi spod nóg przeszkody.

a teraz siedzę sam. otwarty balkon wpuszcza do domu powiew zgniłego od deszczu powietrza. niedogaszony papieros w popielniczce, samotny wśród popiołu, którym sam się zaraz stanie.
ja też stanę się zaraz popiołem.

życie nie wydaje się już tak łatwe jak kiedyś.
zaczął się ostatni nielegalny rok życia.
za rok będę musiał spakować walizkę dzieciństwa i pośpiesznym wysłać ją w krainę zapomnienia.

wiecie miałem kiedyś zwierzątko.
nazwałem je życie.

***
miałem cudowny tekst, chciałem opublikować w urodziny.
teraz już stracił sens.

to może piosenka, trochę nie na czasie, ale już prawie, prawie.

6.07.2011

a może.

Niemożność alternatywnego spojrzenia na świat wzbudza we mnie ogromną niechęć do bycia samego w sobie. Ponadto znacznie utrudnia egzystencję, tę zwyczajną, przeciętną, bo przecież nie wymagam od życia niczego więcej.

Patrzę na świat tymi samymi oczami, już siedemnaście lat, choć czasami mam wrażenie, że ktoś wymienił mi gałki oczne. Podczas snu zakradł się bezszelestnie i z błogim uśmiechem na twarzy powiedział ściszonym głosem: „A teraz spojrzysz na świat inaczej. Koniec łatwego życia.”

Jeszcze niedawno wszystko było inne. Albo to ja, albo to oni. Jestem w nowym wymiarze, albo wariuję już niepostrzeżenie, jest coraz gorzej, powinno się zamykać, bo co innego robić, ludzi z moimi problemami.

A kiedy siedzę sam ze sobą, schowany gdzieś daleko przed wścibskimi oczami wszechświata, spoglądam w niebo, w krople deszczu spadające raz po raz na ziemię, odpalam ostatniego papierosa i zaciągając się dymem myślę – „A może…”
               
                A może kiedyś uda mi się zrozumieć. Może gdy kiedyś ktoś będzie opowiadał mi o miłości, przyjaźni, zaufaniu, te wyrazy obce mojego bytu przestaną być obcymi i ze zrozumieniem będę mógł pokiwać głową, przytaknąć, dać znak, że rozumiem.
               
                 A może pewnego dnia przestanę oddawać swoje serce w niepowołane ręce, w ręce w ogóle nieprzystosowane do zajmowania się tak kruchą istotą. Tak, to prawda, schowaną głęboko w sejfie doświadczeń, zabezpieczoną, mogłoby się wydawać, lecz wciąż kruchą. Nie mam nic przeciwko sklejaniu serca taśmą wewnętrznej siły po raz kolejny, ale niestety za chwilę jej zabraknie. Nie zaopatrzyli mnie w kolejną rolkę.
               
                 A może nadejdzie taki moment, że poznam co znaczy przestać przejmować się ciężkim żywotem innych, albo odłożyć go przynajmniej na drugi plan. Bo chyba pierwsze skrzypce grać powinno MOJE „bycie” w tym świecie, jego problemy, wzloty i upadki. Powinno, ale ono wciąż uparcie ustępuje miejsca innym, mówi „ze mną będzie dobrze, nie martw się”. Nie tak je wychowałem. Może jednak…?
              
                 A może gdybym wtedy nie sprzedał duszy diabłu i nie zaprzyjaźnił się z aniołami mroku teraz wszystko byłoby inne. Może gdybym nie posadził w swoim sercu ziarnka goryczy, które teraz rozrosło się, przybrało nienaturalne kształty i wielkość, może wtedy byłoby tam jeszcze miejsce na wiele lepszych rzeczy. Ale ono wciąż kiełkuje, uciska powoli klatkę piersiową, kłuje w okolicach żeber, niedługo przebije się na zewnątrz i wchłonie mnie do środka. Nie chcę tak skończyć.

A może…
                …może powinienem…? 

3.07.2011

rzecz o nielubieniu.

Nielubię.

Jakby się przyjrzeć, to jest dookoła tak wiele rzeczy, których nielubię.
Nielubię ich w dosyć różnoraki sposób nielubienia jako takiego.
Mógłbym oczywiście kierować się starą dewizą „Kochaj albo rzuć”, a w tym wypadku raczej „Kochaj albo nienawidź”, ale te dwa pojęcia są tak skrajnie kompatybilne, że aż razi.
No bo przecież mogę czegoś nielubić, nie determinuje to jednak nienawiści.

Nielubienie na osi życia leży sobie swobodnie gdzieś pośrodku między miłością a nienawiścią, tuż obok lubienia.
Jest w swojej istocie pewnym półśrodkiem, a przecież życie półśrodkami nie prowadzi do niczego dobrego. Ale czy ja chcę dobrego?
Tak na przykład:

Nielubię kiedy są wakacje, na kalendarzu jawi mi się lipiec, a za oknem jakieś krople deszczowe spadają z nieba. No i teoretycznie mógłbym zostać druidem, może dobiłbym do 60 levelu, pozaklinałbym trochę pogodę, a i nuż deszcz wysłuchałby moich próśb i zamiast sączyć się leniwie z nieba, ustąpiłby trochę miejsca letniemu słońcu. Teoretycznie.

Nielubię herbaty. Jakiejkolwiek. Ale kiedy wracam zimą do domu, moje palce nie współgrają już z resztą ciała, w ogóle jakoś mi tak chłodnawo w środku, to przecież nic nie rozgrzeje tak jak herbata właśnie. Taka prawda.

Nielubię kawy bez cukru. Jest okropna. Ale gdy zasypiam na stojąco, nie ogarniam już otaczającego mnie świata, a wiem, że spanie jest surowo zabronione, to taka kawa, mocna, czarna i bez cukru rozbudza najlepiej. Czasami odnoszę wrażenie, że cukier w kawie mnie usypia. Dziwne.

Nielubię kiedy ktoś mnie okłamuje. Bo standardowo wolę prawdę, przecież nawet tę najgorszą, ale jak nie kochać kogoś, kto okłamał cię w dobrej woli. No niby to złe, wiem, ale dobre chęci się liczą. I tyle wychodzi z tego mówienia prawdy.

Nielubię dostawać czegoś, czego nielubię. Ale przecież i tak przyjmę, i tak się ucieszę, chociażby żeby sprawić radość dającemu. Taki już jestem.

Nielubię kiedy ktoś nie mówi mi wszystkiego. I nie, nie jest to okłamywanie – to tylko sprytne niemówienie całej prawdy. A przecież sam też komuś wszystkiego bym nie powiedział, nie lubię czuć się jak książka, z której można wszystko wyczytać. No i rozumiem taką osobę, chociaż jej nie rozumiem i choć wciąż nielubię, dostosowuję się.

I jeszcze jest tyle rzeczy i zjawisk, których nielubię, ale po co zrażać do nich innych.

A najbardziej lubię za to, kiedy wszyscy, których kocham wiedzą o tym, są blisko i nie okazują się beznadziejnymi wymysłami rzeczywistości. Tak, to lubię.
Ale o lubieniu kiedy indziej.