15.12.2016

i lost it somehow.

7 miesięcy.

214 dni i zbyt długich nocy.

5137 godzin pełnych pustych myśli.


Tyle czasu upłynęło, odkąd opadł ostatni kurz po zamykających się za Tobą drzwiach. Odkąd rozpadłem się na ponad 300 tysięcy kawałków, zbieranych później mozolnie minuta po minucie, aż do teraz.
A teraz, już poskładany, rozpadam się od nowa, uderzony realnością tego, przed czym cały ten czas uciekałem. Umiera się ten pierwszy raz, tylko on powinien boleć naprawdę. Ja natomiast umieram za każdym razem, gdy nasze ciała znajdują się blisko siebie. Gdy nadchodzi nieunikniony moment rozstania, umieram całym sobą tak samo bardzo, jak Wtedy.

Robienie dobrej miny do złej gry opanowałem już chyba do perfekcji. Gdy jednak dochodzą do mnie najgłębsze pomruki mojego serca, które tak skrupulatnie do tej pory uciszałem, nie jestem w stanie im zaprzeczyć. Choć lubię wśród świata rysować obraz pewnego i silnego siebie, w tej sytuacji nie potrafię być ani silny, ani niczego pewny.

Nocami śnię o tym, jak chciałbym stanąć przed Twoimi drzwiami i powiedzieć Ci jak bardzo...; jak dawno...; jak mocno...; jak na zawsze...;
W ciągu dnia zaś snuję nieczyste myśli o tym, jak to Ty stajesz przed moimi drzwiami i mówisz mi te wszystkie rzeczy.

Umiera się ten pierwszy raz. Ja wciąż nie odżyłem i choć przez ostatnie kilka miesięcy zadowalałem się cieniem samego siebie, dłużej już nie potrafię. Choć bardzo bym chciał, nie wiem czego chcesz Ty. Choć bardzo bym chciał, nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić.

Jeżeli chcesz pomóc mi odżyć, zrób to proszę czym prędzej. Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam to ciągłe umieranie...

~