Hej ziomek, skoczymy na piwo? Jasne, spoko, nie ma sprawy, dlaczego nie.
Coś mnie ostatnio kłuje, lekko uwiera, nie wiem, może to słowa, a może ludzie, oni zwykli mnie boleć w różne partie serca. Ale przecież dlaczego? Jakoś tak dobrze mi się ostatnio żyło, całkiem naturalnie bezproblemowo. Miło było nie myśleć o pojedynczych zgłoskach codzienności, ale tak całkiem zwyczajnie zachłystywać się pełnymi zdaniami, wypełniać nimi całe płuca i oddawać światu tylko tę małą, niezbędną ich część. Nie wiem kiedy to wszystko tak starannie skurczyło się w sobie, kiedy z poematu stało się jedynie krótkim zdaniem. Przecież było tak dobrze. Tfu, co też ja mówię – przecież jest tak dobrze.
Oko ręka usta włosy, zielony brązowy bladoniebieski – składamy się z ogromnej ilości słów, złączonych w mniej lub bardziej rozbudowane zdania, ale... Zgubiłem, zapodziałem. Gdzieś umknął mi jeden wyraz, kluczowy tak podejrzewam, bo teraz jakoś ciężej przychodzi mi odnalezienie sensu.
Mam wrażenie… NIE. Miałem wrażenie… NIE. Miewam wrażenie, że gdzieś tuż tuż obok stoi to, czego szukam. Stoi i krzyczy, woła do mnie z całych sił, ale tak już mam, że głuchy i ślepy bywam na najważniejsze.
Coś jest zdecydowanie trochę nie lub trochę tak, w każdym razie na pewno NIE TAK jak być chyba powinno.
I to COŚ uparcie mnie właśnie kłuje, gdzieś niezbyt głęboko, jak drzazga tkwi pod skórą, ale sam nie wyciągnę, AUĆ!
(A potem dowiedziałem się, że mężczyzna nie powinien okazywać bólu.)
Zatem poprzestańmy na tym, że KŁUJE.

