Wieczorami spacerowali wzdłuż brzegu, bezkarnie przyglądając się gwiazdom i nazywając je różnymi imionami, jak gdyby cały wszechświat należał do nich, jakby mogli ot tak sobie wybrać gwiazdę i nadać jej imię a potem spoglądać na nią co wieczór i śmiać się do niej. Nie wiedzieli jeszcze o życiu prawie nic, ale nie przeszkadzało im to przecież z każdym spojrzeniem zanurzać się w sobie, tonąć w bezdennej otchłani tej tak zwanej przez nich miłości, oddawać całego siebie w ogóle przecież nie wiedząc czy dostanie się coś w zamian. Ich codzienność skakała z jednej gwiazdy na drugą, nie zadawali pytań przecież tak było wygodniej, nie zastanawiali się o jutro, dla nich istniało tylko tu teraz i za moment, ja ty i my, tobie ciebie i nam. Nie bali się upadku choć oboje szybowali przez życie jak samoloty z papieru, każdy silniejszy podmuch mógł całkiem bez wysiłku zachwiać ich rzeczywistością a jednak wciąż cało wychodzili z każdego życiowego impasu, całkiem jakby tak nie wysilając się po prostu im się udawało. Patrząc sobie głęboko w oczy wiedzieli i nie trzeba im było słów. Oni po prostu byli. Razem jakby niemal od zawsze a osobno raczej jakby.Nigdy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz