Widziałem Cię kiedyś, stałeś oparty o ścianę i nieobecnym wzrokiem spoglądałeś gdzieś głęboko w dal i choć nic tam nie było, coś zauważyłeś, jestem pewien, tam musiało coś być, nie mogłeś przecież patrzeć tak bez celu. Nie znałem Cię wtedy, nie wiedziałem o Tobie nic, no może Twoje imię gdzieś obiło się o uszy, choć chyba niespecjalnie było mi to do czegoś potrzebne. Nie potrzebowałem w sumie poznawać Cię lepiej, nie potrzebowałem wtedy akurat nikogo nowego w mojej rzeczywistości, choć nie powiem los czy tam życie, a może nawet w zmowie spłatali mi w tym czasie takiego figla, że na każdym kroku stał ktoś nieznajomy, kto koniecznie chciał zagrzać sobie miejsce w okolicach mojego mostka, całkiem troszkę lekko na lewo. Przepraszam, że byłeś jedną z tych osób, przepraszam siebie, nie Ciebie, Tobie przecież nic się nie stało, Tobie nigdy nic się nie działo, zawsze byłeś odporny na. Na wszystko. Odporny na życie byłeś. Przepraszam siebie, bo przecież nie tak dawno wcześniej poprzyrzekłem sobie, że już nigdy więcej, że to już nie dla mnie, że ja już tak nie umiem, bo albo wszystko albo nic, a to złe, a ja nie umiem wisieć gdzieś w nieokreślonym pośrodku. Szybko się męczę.
Całkiem przyjemne było uświadamianie, przyszło z czasem, choć z perspektywy odpychałem je najdłużej jak się dało. Zrozumiałem, pokiwałem głową, stanąłem w miejscu i obrałem inny kierunek. Czy się pogodziłem, to już inna sprawa. A Ty. Ty dalej bądź odporny na świat i na życie, kiedyś też dojdę do takiego momentu, że posiądę tę zdolność. A wtedy spotkamy się jak równy z równym, gdziekolwiek, nie dbam o to. Staniemy oko w oko.
Ostatnia walka była nie fair.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz