28.10.2013

parnassus.

Spod żeber wycieka mi ciemnogranatowy płyn, którym obdarzam pomięte prześcieradło. Zwijam się w sobie i nieustannie próbuję przebić szyję ostrym zakończeniem obojczyka, przybliżam i oddalam moment swojej nieuchronnej eliminacji. Chryzantemy za rogiem uwiędły milcząco od nadmiaru gorącego deszczu, dzisiaj już żaden kot nie przejdzie obojętnie obok tego godnego pożałowania widoku.
Wyglądam nieśmiało przez okno, a tam tylko obcy ludzie biegnący w tę i nigdy nie wracający z powrotem. Obiecywałem sobie nie żywić żadnej wyjątkowej tęsknoty, utwierdzałem się w przekonaniu, że umiem jedynie opowiadać o uczuciach aniżeli je w jakiś sposób posiadać. Kiedy ciemnogranatowy płyn spod moich żeber zastyga ostatnią kroplą na moim języku, uciekam w niepamięć i nadaję wspomnieniom niższy niż dotąd priorytet. Zataczam się w kręgach dymu i spalam w brunatnym odbiciu słońca na wodzie.
Wcale nie ułożyłem sobie tutaj życia

bo jestem tu całkiem sam