30.03.2012
długość dźwięku beznadziejności.
Beznadziejność. To słowo określało ostatnio coraz częściej jego rzeczywistość. W ogóle jakimś paradoksalnym sposobem, wiele wyrazów, ciągów liter składało się na to co czuł już jakiś czas - Nic. Zamknięty w czterech ścianach swoich własnych lęków krążył powoli, niczym lew uwięziony w klatce, oceniający skrupulatnie szanse ucieczki. Ale z jego klatki, z jego Nic ucieczka była niemal niemożliwa.
Czuł się coraz dziwniej spoglądając co rano na swoje odbicie, chyba z każdym kolejnym zsiniałym fragmentem skóry pod oczami widział coraz mniej siebie. Gdzieś zagubił to pewne Ja, jego Byt opierał się teraz już tylko na mechanicznych uderzeniach serca, które po prostu się do tych uderzeń przyzwyczaiło.
Z pewnością nie był tchórzem. W każdym następnym mechanicznym uniesieniu klatki piersiowej widział zwykłego egoistę, zbyt dbającego o siebie, żeby świadomie zadać sobie taki ból.
Może jednak był tchórzem?
Tchórzliwym egoistą?
Tak, brzmi ładniej.
Spoglądając na poczerniałą fotografię nieświadomie szukał ciemnych oczu P., które swoją nieprzeniknioną głębią pozwalały mu odnaleźć jakąś niewielką część siebie. Przynajmniej przez trzy ostatnie lata.
Ale teraz nie mógł spojrzeć w te dwie ciemne plamki na nieostrym zdjęciu. Nie mógł wybaczyć im, że zostały tylko dwiema ciemnymi plamkami na śliskim papierze. Nie mógł wybaczyć sobie, że nie potrafił się pożegnać. Każdego dwudziestego ósmego dnia każdego stycznia już od trzech lat zbierał się w sobie, by pogodzić się i pozwolić odejść dwóm ciemnym plamkom i ich właścicielowi. Nie mógł.
Dwudziestego ósmego dnia jednego jedynego marca dotarło do niego, że już nigdy nie będzie miał na to szansy.
Nieważne, jak panicznie próbował wymyślić sposób na ostatnie spotkanie, nie mógł pozwolić sobie na kolejną porcję słonych łez. Siedział więc w ciemnym pokoju, wpatrzony przed siebie pozwalał, by ogarnęła go całego.
Beznadziejność. Najlepsze, co mógł teraz czuć.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz