Czasem jeździł pociągami. Lubił stawać w oknie i patrzeć jak szybko przemija świat, poczuć się jakby leciał. Wysiadał na różnych stacjach, bo przecież nie jeździł po to, żeby dojechać do jakiegoś celu. Zakładał ciemne okulary i szedł przed siebie w nadziei, że gdzieś dojdzie. Chodził nieznanymi uliczkami i obserwował nieznane twarze. Mijał setki miejsc i ludzi, których miał już nie ujrzeć.
Momentami siadał i płakał. Po policzkach nie ciekły mu łzy, nie miał czerwonych i podkrążonych oczu, przecież faceci nie płaczą, tak mu zawsze powtarzali. Po prostu siedział, z papierosem w ręce, otoczony dymem, który powoli stawał się jego przyjacielem. Siedział, a szare łzy popiołu spadały lekko na ziemię. Tak, to płakał jego truciciel. Truciciel-przyjaciel.
A potem wracał do domu chociaż już sam nie wiedział, gdzie jest dom. I zdarzało się tak, że siadał, odpalał kolejnego przyjaciela a obok w lekko nadtłuczonej szklance ostatnie krople whisky spoglądały na niego i chociaż nie chciały nic mówić, on je rozumiał. Taki już był.
najgorsza teraźniejszość, zakaz okazywania uczuć, bo świat może cie "wyruchać" gdy tylko pokażesz coś głębszego z siebie
OdpowiedzUsuń