14.01.2014

"love is a smoke made with the fume of sighs" *

Zastanawiam się ostatnio nad istotą miłości. Prawdziwej, wielkiej, namiętnej, wiecznej, miłości w ogóle. Czy to możliwe, że współcześnie istnieje ona jedynie w formie wyświechtanego pojęcia, któremu nieuważnie przypisuje się magiczne właściwości? Czy to możliwe, że jest ulotnym złudzeniem, które opanowuje na moment umysł człowieka, a potem zostawia go na pastwę losu? "Wydaje ci się, że kochasz?! Radź sobie z tym sam!"
Coraz częściej odnoszę - z ogromną nadzieją, że mylne - wrażenie, że ludzie są ze sobą dla wygody. O ileż bardziej komfortowo żyje się, gdy pod ręką zawsze jest ktoś, kogo można przytulić zamiast poduszki. Ktoś, z kim można porozmawiać, zamiast opowiadać swoje historie głuchej ścianie. Ktoś realny, obok kogo można się położyć, zamiast wtulać się po raz kolejny w osamotnioną kołdrę. Jak wspaniale jest mieć z kim iść na spacer, zamiast znów podziwiać piękno pogody przez okno. Jak cudownie jest móc złapać kogoś za rękę, zamiast ponownie chować ją głęboko w czeluściach kieszeni płaszcza. Jak wygodnie jest żyć ze świadomością, że zawsze ktoś na nas czeka.
Może to tylko jakaś niecodzienna przypadłość mojego chorego umysłu, ale czy nie jest tak, że pośród wszystkich tych wspaniałości gubi się gdzieś prawdziwe uczucie? Czy ludzie wśród tego ogromu pozytywów bycia razem nie zapominają czasami o tym, co tak naprawdę jest istotne? A może namiętność, pasja, emocje i uczucia nie mają takiej wartości jaką zbyt idealistycznie chciałbym im przypisywać? Może to tylko ja postanawiam kochać na zabój, może tylko u mnie istnieje staroświeckie "wszystko albo nic"?
Uparcie pragnę wierzyć, że to tylko wymysły mojej wyobraźni.
Uparcie pragnę wierzyć, że miłość istnieje. Może to w jakiś, choćby nieduży, sposób pozwoli mi ją ostatecznie poznać...

* William Shakespeare

***
...i noc

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz