Rankiem, nim jeszcze ofiaruję moim oczom piekące światło dnia, błądzę bezwiednie po za dużym łóżku szukając Twojej dłoni. W te dni, gdy ku ogromnemu smutkowi, okraszonemu cichym łoskotem serca opadającego na dno żeber, nie znajduję jej w pobliżu, kolejnym czarnym iksem odliczam w kalendarzu godziny do momentu, kiedy wiem, że będzie czekać na mnie obok.
Wpatrując się ostatniej nocy w mikroskopijne cząstki Twojego oddechu, wędrujące niespiesznie w stronę sufitu, zrozumiałem, że tlący się w mnie od zawsze strach musiał powędrować tam z nimi, gdy pierwszy raz podziwiałem Twoją spokojną twarz pogrążoną we śnie. Jeżeli kiedyś bałem się wyjść naprzeciw temu, co wypełnia mnie od środka i zawzięcie zwalczałem to w zarodku, teraz chwytam to pełen nadziei i wyciągam na światło dzienne, licząc że nie spłonie zbyt szybko, smagane wrzącymi językami słońca.
Najlepszą i jednocześnie najbardziej przerażającą częścią kochania kogoś jest brak jakiejkolwiek pewności tego, co i w jaki sposób czuje druga osoba. Opierając się jedynie na jej słowach i gestach, śnimy po nocach o tym, że tęskni za naszym ciepłem tak samo mocno; że równie ciężko zasypia się jej w pustym łóżku i że też o poranku szuka naszej dłoni. Owładnięci domysłami obgryzamy ze strachu paznokcie i nieświadomie przesalamy po raz kolejny zupę. Przejeżdżamy na czerwonym świetle i znów zapominamy kupić w kiosku gazetę. Łapczywie wbijamy palce w słowa, którymi obdarza nas ta druga osoba, dryfując beznamiętnie po oceanie niepewności. Boimy się.
Ja jednak pozbywam się tego strachu i zastępuję go wiarą. W to, że rzeczy dzieją się w taki, a nie inny sposób, bo mają ku temu powód. W to, że jeśli dziś zasypiam sam, to tylko po to, bym jutro mógł zamknąć oczy wtulony w Twoje ciepło. W to, że w końcu nie boję się tego, co czuję.
Wiarą w Nas.
Mam 20 lat i tęsknię.
Tej jednej rzeczy nie oduczę się nigdy. I wciąż będę nad ranem szukał Twej dłoni. Wierząc, że w końcu ją znajdę.
Mam 20 lat i wierzę, że Ty też tęsknisz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz